Krzysztof Bugaj obudził się parę minut przed szóstą i chociaż nie czuł się w pełni wyspany, to wiedział, że ponownie nie zaśnie. Anna wciąż spała. Po swojej stronie łóżka, z podkurczonymi kolanami i wtuloną w poduszkę twarzą wyglądała zaskakująco młodo, niemal niewinnie. Proste, jasnorude włosy tworzyły wokół jej głowy świetlistą aureolę; wpadające przez nie do końca opuszczone rolety słońce łagodziło jej rysy, rozmywając ich ostrość. Bugaj przez dłuższą chwilę przyglądał się oddychającej przez rozchylone usta żonie, w końcu wyślizgnął się spod cienkiej, letniej kołdry i na palcach wyszedł z sypialni. Ubrał się w znalezione na dnie szafy szorty i lekko zmięty jasny podkoszulek z nadrukiem w żaglówki – rzeczy, które wydały mu się nie do końca świeże, ale jeszcze całkiem znośne.
Schodząc na dół, zastanawiał się, co zrobi z wolnym dniem. W końcu zdecydował, że mimo wszystko skoczy na komendę, żeby nadrobić zaległą papierkową robotę, i od razu poczuł się lepiej. W domu siedzieć nie znosił, zwłaszcza odkąd żona zatrudniła na pół etatu studentkę i spędzała w swoim sklepie o wiele mniej czasu niż dawniej. Pchnął oszklone drzwi. W niewielkiej i niemal sterylnie czystej kuchni było duszno; najwyraźniej zapowiadana przez synoptyków fala upałów nie zamierzała szybko ustąpić chłodniejszej aurze. Krzysztof uchylił okno i pogwizdując, nastawił czajnik. Obudził się głodny, ale wolał nie jeść o tak wczesnej porze. Dorobił się ostatnio niewielkiego brzuszka i dość niepokojącego nadciśnienia. A biorąc pod uwagę, że jego ojciec zmarł grubo przed pięćdziesiątką, wolał o siebie zadbać.
Pił niedobrą, gorzką herbatę, kiedy sąsiad wypuścił do ogrodu psa. Mimowolnie zerknął na wiszący nad blatem zegar i skrzywił się – ujadające za płotem bydlę budziło go niemal co rano, a zdarzało się, że Konarski wypuszczał zwierzaka nawet bladym świtem. Niestety prośby i groźby nie pomagały – gość twierdził, że pies ma prawo się wybiegać, i na tym kończyły się dyskusje. W takich chwilach Krzysztof lubił sobie wyobrażać, że wyciąga z piwnicy starego myśliwskiego mausera i ładuje ujadającemu czworonogowi kulkę w dupę. Wszystko pozostawało oczywiście w sferze marzeń, bo chociaż psisko mocno działało mu na nerwy, nigdy nie skrzywdziłby zwierzęcia…
– Już nie śpisz? – żona zjawiła się w kuchni, kiedy dopijał herbatę.
– Pójdę się przejść, póki jeszcze nie ma upału – odpowiedział.
– Może skosiłbyś trawę? – Anna spięła włosy w luźny kucyk i wyjęła z kredensu swój ulubiony kubek w żółtozieloną kratę.
– Wieczorem – burknął.
Nie znosił, kiedy przypominała mu o wiszących nad nim obowiązkach, jakby był jakimś nastoletnim szczylem!
–Na popołudnie zapowiadali burzę.
– To skoszę jutro, w czym problem?! – podniósł głos.
Anna zacisnęła usta i obróciła się do niego plecami. Kiedy tak stała, wyglądając przez niewielkie kuchenne okno, pomyślał, że dawno nie była taka szczupła.
– Powinnaś coś zjeść – rzucił łagodniejszym tonem.
– Nie jestem głodna – szepnęła.
Podszedł do niej i przytulił się do jej pleców. Stężała, jakby sam jego dotyk był dla niej czymś bardzo niechcianym. W końcu wywinęła się z jego ramion i rzuciła coś o czekającym na rozwieszenie praniu. Kiedy doszliśmy do punktu, w którym nie możemy nawet na siebie patrzyć? – zastanawiał się Krzysztof, sznurując znoszone, czarno-zielone adidasy. Ostatnio nieczęsto myślał nad kondycją swojego małżeństwa, jakby pogodził się z faktem, że najlepsze wspólne czasy dawno mają za sobą. Tego jednak ranka lodowata obojętność Anny dziwnie go poruszyła.
Do leśnego bunkra dotarł po kilku minutach marszu. Od morza solidnie wiało, jednak w powietrzu wyczuwało się już pierwszą falę nadchodzącego upału. Tuż przed wejściem do fortyfikacji przystanął, z trudem łapiąc oddech. Jasne włosy lepiły mu się do czoła, serce biło nierównym rytmem. Mam dopiero czterdzieści sześć lat, a po odrobinie wysiłku czuję się jak wyżęta ścierka, pomyślał, obiecując sobie, że w końcu zadba o formę. Kolejne kilka minut maszerował lasem, w końcu zbiegł ze skarpy i znalazł się na pustej o tej porze plaży. Ściągając buty, myślał o swoim piętnastoletnim synu – odkąd młody wyjechał na wakacje, zaskakująco mu go brakowało…
Bałtyk był niemal lodowato zimny, ale spokojny. Przez jakiś kwadrans Krzysztof brodził po kostki w wodzie, rozglądając się za wyrzucanymi przez morze na brzeg drobnymi bursztynami. W końcu z uzbieranymi dla Anny kamykami w kieszeniach ruszył w stronę skarpy. Wracał tą samą trasą, żwawym krokiem mijając leśne bunkry – niemych świadków dawnych, tragicznych wydarzeń. Był na skraju zagajnika, kiedy pomyślał o tamtej nastoletniej Litwince. Pewnie dlatego, że zaledwie dzień wcześniej znowu mu się śniła. Znaleźli ją zimą, pół roku wcześniej. W samych dżinsach i bluzie, w założonych na bose stopy różowych tenisówkach, siedziała oparta o jedno z drzew, taka milcząca, nieruchoma, przerażająco martwa. W swojej pracy widywał już trupy, ale twarz tej młodziutkiej kobiety będzie go pewnie prześladować do końca jego dni. Szron srebrzący długie ciemne włosy, porcelanowa bladość policzków i krągły, ciążowy brzuszek. Kiedy zamarzła – samotna, błąkająca się nocą po nadmorskich lasach, była w dziewiątym miesiącu ciąży…
Kilka dni później ustalili, że znaleźli zaginioną jakiś czas temu na Litwie siedemnastoletnią uczennicę katolickiego liceum, która pewnej pięknej słonecznej środy przepadła w drodze ze szkoły. Na wspomnienie bólu rodziców, których osobiście informował o zdarzeniu, zrobiło mu się niedobrze. Zawsze chciał być gliną, ale czasem kurewsko nienawidził tej roboty. Najgorsze było to, że do tej pory nie udało im się dociec, jakim cudem pochodząca z Litwy dziewczyna znalazła się nocą w pełnych ponurych fortyfikacji nadmorskich lasach północnozachodniej Polski. Jedna z teorii, jaką przyjęli, była taka, że podróżowała stopem i pokłóciła się z kierowcą, który wyrzucił ją z samochodu. Myśl, że bydlak wygnał ją na mróz bez kurtki, wydawała się wręcz nieludzka, ale Krzysztof pracował w policji na tyle długo, by wiedzieć, że najbardziej okrutnym z wszelkich stworzeń jest niestety człowiek. Szosą w stronę portu przejeżdżały tysiące ciężarówek. Mogła podróżować TIR-em, z którego wysiadła pośrodku lasu, i zanim dotarła do ludzkich siedzib, zamarzła… Czasem, kiedy budził się w nocy, zastanawiał się, jak długo walczyła? Błąkała się wśród drzew przez dłuższy czas, czy może skrajnie zmęczona usiadła, oparła się o pień i zasnęła? Mówi się, że śmierć w wyniku wychłodzenia jest jedną z łagodniejszych, ale żadna siedemnastolatka nie powinna umierać w taki sposób – samotna, z dala od domu, nosząc pod sercem dziecko, o którym nie mieli pojęcia jej bliscy… Najbardziej upiorna wydawała mu się myśl, że niecały kilometr dalej było pełne ludzi osiedle.
Krzysztof otrząsnął się ze wspomnień i kopnął leżącą na ścieżce zmiętą puszkę po piwie.
– Wszędzie chlew zrobią, cholera – rzucił przez zęby, wychodząc na zalaną słońcem rozległą przestrzeń, która ciągnęła się między lasem a niewielkim osiedlem jednorodzinnych domków.
Wiedział, że lada dzień w miasteczku otworzą lunapark, i ta myśl wcale go nie cieszyła. Dla takich jak on znaczyło to jedynie więcej pracy. Choćby jak rok temu, kiedy z diabelskiego młyna spadła młoda dziewczyna. Zginęła na miejscu, a on nie mógł się pozbyć wrażenia, że całe to cholerne, pochrzanione życie przypomina diabelski młyn właśnie – w jednej chwili jesteś na szczycie, w drugiej lecisz w dół na łeb na szyję... Ot, ślepy traf, czysty przypadek, zła karma, jak czasem żartobliwie mawiał jego dobry kumpel.
W drodze do domu kupił drożdżówki z budyniem i rurkę. Wiedział, że nie powinien jeść takich rzeczy, ale łakomstwo i tym razem wygrało z cichym głosem rozsądku. Ciastko z waniliowym kremem zjadł na ulicy, drożdżówki upchnął do lodówki, chowając je za dwoma kartonami mleka. Trudno, najwyżej nie zjem dziś kolacji, powiedział sobie, kiedy naszły go wyrzuty.
Gdy wszedł do salonu, ubrana w stary różowy dres Anna przecierała właśnie okno.
– Przecież niedawno tu sprzątałaś – zdziwił się Krzysztof.
Wzruszyła ramionami, nie odrywając wzroku od niewidocznej dla jego oczu smugi.
Zapytał, czy ma ochotę na kawę.
Wciąż zajęta okienną szybą powiedziała, że już piła.
– O której idziesz do sklepu?
– Nie wiem, zależy od dostawcy. Ma dzwonić. – Anna chuchnęła i po raz ostatni przetarła okno.
– Są drożdżówki – dodał, bo nagle stracił apetyt na skrzętnie ukryte przed wzrokiem żony słodkości.
Mruknęła, że nie jest głodna.
– Ostatnio prawie nic nie jesz. Zeszczuplałaś… – zauważył.
– Kobieta nigdy nie jest zbyt szczupła – rzuciła lekkim tonem, w którym jednak wychwycił nutę fałszu.
Zapytał, czy nie wyskoczyłaby z nim wieczorem na kolację.
– Mam wolny dzień, moglibyśmy…
– Umówiłam się już z Magdą – wpadła mu w słowo i porzucając frotową prochówkę, wyszła z salonu.
Krzysztof przez chwilę bez celu pokręcił się po domu, w końcu wziął szybki prysznic, ubrał się w świeżo odprasowane przez żonę rzeczy i zszedł do garażu. W samochodzie było duszno i brudno. Kruszynki po maślanych bułkach, opakowania po chipsach, styropianowe kubki po kawie – to i temu podobne śmieci walały się na tylnym siedzeniu. Pedantyczna wręcz do bólu Anna na okrągło ogarniała cały dom, ale ośmioletnie audi męża omijała szerokim łukiem. I dobrze, pomyślał, uśmiechając się pod nosem i wyjmując z kieszeni kluczyki.
Był mniej więcej w połowie drogi na komendę, kiedy na jego komórkę zadzwonił starszy sierżant Wojtek Kiciński.
– Co jest, Kiciuś? – Bugaj odebrał telefon, nie odrywając oczu od szosy.
– Truposz jest, a co ma być? – mruknął tamten, mlaskając mu do ucha.
Najpewniej swoim zwyczajem coś właśnie przeżuwał.
– Tak z rana? Powinien być zakaz odwalania kity przed południem. – Krzysztof skręcił w lewo i dodał, że jest w drodze na komendę.
– Ty, Bugi, a ty nie masz dziś wolnego? – zreflektował się Kiciuś poniewczasie.
– Wygląda na to, że nie.
– Dobra, to jedź może od razu na miejsce. Denat ponoć cierpliwie czeka na budowie tego osiedla pod lasem.
– Tego niedokończonego, co to developer splajtował? – upewnił się Bugaj.
– Dokładnie. Słoneczne Tarasy! Też, kurwa, nazwa! – zarechotał Kiciński.
– Dobra, będę za parę minut. – Krzysztof zjechał na pobocze i korzystając z chwilowo pustej szosy, zawrócił.
Trup wyglądał naprawdę marnie. Nabity na pręt zbrojeniowy, na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna, musiał spaść z wysokości, myszkując po opuszczonej i niestety marnie zabezpieczonej budowie. Wokół niego kręcili się już technicy kryminalistyczni; prokurator była ponoć w drodze.
– Kradł po pijaku, to się doigrał. – Kiciuś wyjął z kieszeni paczkę cameli i wsunął do ust papierosa. – Wpadlibyście do nas wieczorem. Gośka dziś nie pracuje, to zrobi jakieś żarełko…
– Anna wychodzi, umówiła się z przyjaciółką – powiedział Krzysztof, znalezionym w trawie patykiem zdrapując z buta zaschniętą grudę błota.
– To sam wpadaj, pogadamy – zachęcał kumpel.
– No dobra, to tak koło dziewiętnastej mogę być.
– I fajnie. A u Anki co tam dobrego słychać? Schudła coś ostatnio, prawie jej nie poznałem…
– Mało je – przyznał Krzysztof.
– No, ale ty zawsze lubiłeś takie kościste – zarechotał Wojciech.
Chciał jeszcze coś dodać, kiedy zza zakrętu wyjechała ciemnoczerwona terenówka prokurator Niny Morawskiej.
– Jest i Smoczyca. – Jeden ze stojących obok młodszych stażem gliniarzy splunął w trawę i nerwowo przeciągnął palcami po włosach.
Bugaj z Kicińskim wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jednak nawet słowem nie skomentowali przybycia prawniczki. Obaj raczej za nią nie przepadali, szanowali jednak jej dorobek i oddanie; w miasteczku nie było lepszego prokuratora od obciętej na krótkiego jeża Niny Morawskiej.
Dwie godziny później Krzysztof wybrał numer syna, ale chłopak nie odebrał. Była dopiero dziesiąta i lubiący do późna siedzieć przed komputerem szczyl mógł jeszcze spać, jednak rozłączając się, Bugaj poczuł lekki niepokój. Ostatnio zaskakująco mocno tęsknił za wypoczywającym w Szwecji smarkaczem. Nawet nie to, że się o niego bał – wiedział przecież, że u rodziny jego starszego brata nic złego Arka nie spotka. Po prostu brakowało mu jego obecności, nawet jeśli zazwyczaj wymieniali jedynie kilka uwag o sporcie czy pogodzie…
 
***
 
Patrycja kręciła się po zatłoczonym, wylanym nierównym betonem parkingu, wypatrując potencjalnych frajerów. Odkąd kilka tygodni wcześniej uciekła z domu, świetnie już wiedziała, kogo zaczepiać, a kogo sobie darować. Na pewno nie opłacało się zagadywać wyglądających na singielki paniuś po trzydziestce. Takie prawie zawsze traktowały ją z góry i zachowywały się jak prawdziwe suki. Młode mamuśki były jeszcze gorsze – zazwyczaj nie zdążyła się nawet zbliżyć, kiedy gniewnie syczały i parskały, jakby miała zamiar gołymi rękoma zadusić ich kwilące w wózkach oseski. Pomocne bywały starsze kobiety, ale tylko te, które nie wyglądały na zdewociałe mohery. Hobbystycznie klepiące różaniec babcie okazywały jej głównie pogardę, czasem nawet agresję. Niektóre, te nieliczne, zbolałym głosem przyrzekały, że będą się za nią modlić, ale przecież nie zmiłowania bożego potrzebowała, tylko kasy…
Potknęła się i mnąc w ustach przekleństwo, podeszła do ubranego w jasną koszulę i sprane dżinsy tyczkowatego blondyna.
– Pomoże pan? Zbieram na coś do jedzenia – powiedziała cicho, starając się wyglądać skromnie, ale nie za pokornie.
Pokornych może i czekało życie niebieskie, ale na ziemskim łez padole zbierali głównie cięgi…
Gość nie odpowiedział, więc Patrycja bezczelnie zaszła mu drogę.
– Zbieram na jedzenie, słyszysz?! – zapytała ostrzejszym tonem.
– To zbieraj dalej – burknął chłopak, wymijając ją z obojętnym wyrazem twarzy.
– Dupek! – syknęła.
– Co powiedziałaś?! – odwrócił się i zacisnął ręce w pięści.
Wystawiła środkowy palec i śmignęła pomiędzy zaparkowane w równych rzędach samochody, świetnie wiedząc, że w konfrontacji z wysokim na jakieś metr dziewięćdziesiąt facetem nie ma żadnych szans.
– Głupia kurewka! – rzucił jeszcze w ślad za nią, zanim wsiadł do nowiutkiego ciemnozielonego volkswagena.
Patrycja przypomniała sobie wyczytaną gdzieś informację, że ciemnozielone auta wybierają zazwyczaj osoby o ponadprzeciętnej inteligencji, i pogardliwie wykrzywiła usta. Na geniusza to on jej nie wyglądał… Kutas złamany! – pomyślała ze złością. Widać, że dosłownie sra kasą, a żałuje jej paru groszy?!
Zagrzmiało.
Pewnie znowu będzie padać, przeszło jej przez myśl i do reszty zwarzył jej się nastrój. Miała dość głodu, brudnych ubrań, tłustych włosów i żebrania o kasę. Obeszła parking dookoła i drapiąc się po dawno niemytej głowie, namierzyła wzrokiem łysego, brzuchatego gościa po pięćdziesiątce.
– Zbieram na coś do jedzenia – powiedziała, kiedy do niej podszedł. – Da pan parę groszy?
Mężczyzna zatrzymał się przy jednej z zakurzonych, nowiutkich terenówek i oblizał brzydko spierzchnięte usta.
Patrycja czekała, mając nadzieję, że gość nie słyszy, jak głośno burczy jej w brzuchu. Tego dnia zjadła tylko wyżebraną w jakiejś cukierni drożdżówkę. Tyle że dochodziła siedemnasta, a jej było coraz bardziej słabo z głodu, gorąca i pragnienia…
– To jak? Sypnie pan kasą? – zapytała, siląc się na uprzejmy ton.
– Za darmo? – zapytał, jakby oburzony jej prośbą.
– A co? Nie stać cię na pięć złotych, dziadu?! – wybuchła.
– No, tak rozmawiać nie będziemy – rzucił gość irytująco wyniosłym głosem, po czym wsiadł do srebrnej toyoty i została sama.
– Kurwa mać! – zaklęła, ze złością kopiąc oponę zakurzonej półciężarówki.
Może powinnam podkulić pod siebie ogon i po prostu wrócić do domu? – przeszło jej przez myśl. Problem polegał na tym, że po kolejnej kłótni z matką nie miała na to najmniejszej ochoty. Niedługo skończę piętnaście lat. Poradzę sobie! – pocieszyła się w duchu.
Kilka minut później szczupła ciemnowłosa kobieta w kwiecistej sukience wcisnęła jej w rękę pięć złotych, za które wygłodniała i spragniona dziewczyna kupiła sobie bułkę, wodę i miętowe cukierki. Była w okolicach przydworcowego MacDonalda, kiedy zaczepił ją wysoki, modnie ubrany facet koło trzydziestki.
– Potrzebujesz kasy, cukiereczku? – zapytał wprost. Najwyraźniej przynajmniej dla niego jej rozpaczliwe położenie było oczywiste.
Potwierdziła, wrzucając do przepełnionego kosza pustą butelkę po mineralnej.
– Powiedzmy, że miałbym dla ciebie fuchę. Tyle że to trochę potrwa. Ale chyba dysponujesz wolnym czasem, co? – Elegancik odciągnął ją od wejścia do MacDonalda i skinął głową w stronę jednego z samochodów. – Chodź, pogadamy w aucie.
– Laski za kasę nie robię – rzuciła ostrym tonem.
– Nikt nie mówi o lasce. – Mrugnął do niej.
Podobał jej się rześki, morski zapach jego wody po goleniu i duże ciemne oczy.
Otworzył drzwi od strony pasażera.
– Wskakuj.
Powiedziała, że jest głodna.
– Zjesz coś na miejscu.
– Czyli gdzie? – zapytała.
Wnętrze samochodu przyjemnie pachniało prawdziwą skórą i Patrycja z ulgą oparła głowę o zagłówek.
– Bez urazy, ale trochę od ciebie zajeżdża – mruknął, zapalając silnik. – Długo mieszkasz na ulicy?
– Od paru dni. Wcześniej trochę czasu przesiedziałam na działkach, ale musiałam się stamtąd zabierać.
– To niefart – skomentował, jednak w jego głosie nie usłyszała współczucia. Bardziej coś na kształt grzecznej obojętności.
Włączył radio.
– Nie lubię takiej muzy. – Skrzywiła się, ale nie zareagował.
Wzruszyła ramionami. Kłócić się nie będzie.
Wyjechali z miasteczka i skręcili w stronę odprawy promowej.
– Byłaś kiedyś w Szwecji? – zapytał.
– Nie, a co?
– Nic. Tak tylko pytam.
– Ale chyba tam nie jedziemy? – zainteresowała się.
– Nie – mruknął.
Po jakichś czterdziestu kilometrach zjechał z szosy w wąską, polną drogę. Rosnące dookoła sosnowe lasy sprawiały dość klaustrofobiczne wrażenie, jakby drzewa dosłownie ich osaczały.
– Masz. Podobno byłaś głodna. – Mężczyzna zatrzymał się na poboczu i wyjął ze schowka oblanego mleczną czekoladą wafelka.
Patrycja z wdzięcznością wzięła od niego przekąskę i zapatrzyła się w ciemniejącą ścianę lasu.
– Masz jakieś imię? – zapytała, kiedy już zjadła i oblizała upaćkane podtopioną czekoladą palce.
– Nie uświń mi siedzeń – odpowiedział.
– Wyglądasz na zodiakalnego Byka – rzuciła kokieteryjnym tonem.
– Pudło, cukiereczku – mruknął, sięgając po telefon.
Zanim wybrał numer, wysiadł, a ona została w wozie sama.
Rozmawiał tylko przez chwilę, jakby temu, do kogo dzwonił, nie miał wiele do powiedzenia.
Patrycja obserwowała go przez przednią szybę, nie mogąc się nadziwić, jak bardzo ufnie czuje się w jego towarzystwie. Może dlatego, że był z tych nielicznych, którzy zdobyli się na to, by w ten czy inny sposób podać jej rękę? Nagle w jej głowie pojawił się obraz matki. Myśli o mnie? – próbowała dociec. Martwi się? W końcu wymknęła się z domu w samym środku nocy i nie zostawiła choćby naprędce skleconej wiadomości. Z drugiej jednak strony od jakichś dwóch, może nawet trzech lat ich relacje układały się naprawdę fatalnie… Może matka miała mnie już tak dość, że odetchnęła z ulgą? – zastanawiała się.
– Wyłaź! – Drzwi od jej strony otworzyły się gwałtownie i towarzyszący jej młody mężczyzna nakazał, by wysiadła.
– Czekamy na coś? – zdziwiła się.
– Na kogoś – sprecyzował.
Za drzewami zachodziło słońce, barwiąc widoczny pomiędzy nimi skrawek nieba na radosny pomarańcz.
Patrycja wysiadła i podrapała się po głowie. Skóra swędziała ją tak niemiłosiernie, że miała ochotę zdrapać ją sobie do krwi…
Chłopak stał obok niej, pisząc SMS-a. Myślała o nim „chłopak”, chociaż niewątpliwie był mężczyzną. Przystojnym, dobrze zbudowanym, pewnym siebie. Takim, z jakim chciałoby się przeżyć swój pierwszy raz. Na myśl o seksie, lekko się zaczerwieniła. Kilka dni przed ucieczką z domu zaproponowała wspólny pierwszy raz koledze z klasy, ale chłopak stchórzył. Do dziś nie miała pojęcia, czemu ją olał. Była brzydka? A może to on był zwykłym cieniasem?
– Podobam ci się? – zapytała, podchodząc bliżej nieznajomego.
– Zajeżdża od ciebie, kotku.
– Ale podobam ci się?

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 7,90 zł 9,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Diabelski młyn
Autor Daria Orlicz
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 19-09-2018
Ilość stron 320
Oprawa Miękka
ISBN 9788327640079
Projekt okładki Emotion Media

Napisz recenzję