Karin Slaughter, UKŁADANKA
 
Jestem Nikim! A kim ty jesteś?
Czy także – jesteś – Nikim?
A więc dwoje nas? Nic nie mów,
Bo ogłoszą to – z krzykiem!
 
Być kimś – jakie to żałosne!
Imienia swego nie pragnę –
Jak żaba – w czerwcu życia – głosić
Przed zachwyconym bagnem!
                                    
– Emily Dickinson
                       
[przekład Ludmiły Marjańskiej]
 
 
PROLOG
 
Przez lata, nawet kiedy go kochała, jakaś jej cząstka nienawidziła go w ten dziecinny sposób, w jaki nienawidzi się czegoś, nad czym nie można zapanować. Był uparty, głupi i przystojny, czym pokrywał własne błędy – ciągle te same, ponieważ po co popełniać nowe, skoro stare tak dobrze działały na jego korzyść?
Był też czarujący. I na tym polegał problem. Oczarowywał ją. Doprowadzał do szału. Potem znowu oczarowywał tak, że sama już nie wiedziała, które z nich jest wężem, a które zaklinaczem.
Wykorzystywał więc czar i furię, ranił ludzi, znajdował nowe rzeczy, które budziły jego zainteresowanie, a stare zostawiał na pastwę losu.
W pewnym momencie jego czar przestał działać. Jakby pociąg wypadł z szyn. Jakby zabrakło maszynisty. Błędy nie mogły być już wybaczone. Drugi ten sam błąd nie poszedł w niepamięć, a popełniony po raz trzeci przyniósł tragiczne konsekwencje w postaci odebranego życia, kary śmierci. Niewiele brakowało, a sama też straciłaby życie.
Jak mogła nadal kochać człowieka, który próbował ją zniszczyć?
Kiedy z nim była – a jego upadek trwał długo – zbuntowali się przeciwko systemowi, tworzącemu łańcuch. Domy opieki. Oddziały ratunkowe. Wariatkowo. Brud. Personel zaniedbujący pacjentów. Sanitariusze ciasno wiążący kaftan bezpieczeństwa. Pielęgniarki odwracające głowy. Lekarze wydzielający tabletki. Uryna na podłodze. Odchody rozmazane na ścianie. Szyderstwa, bicie, pożądanie ze strony współwięźniów czy innych pacjentów.
Bardziej niż bunt przeciwko niesprawiedliwości powodowała nim wściekłość. Nęciła świeżość nowej sprawy. Szansa na sianie zniszczenia. Niebezpieczna gra. Groźba przemocy. Obietnica sławy. Ich imiona podane do wiadomości publicznej. Ich doniosłe czyny na ustach dzieci, uczących się w szkole rymowanki o nominałach:
A penny, a nickel, a dime, a quarter, a dolar bill…
Ukrywała przed światem jeden jedyny grzech, którego nigdy by nie wyznała. To ona rozdmuchała pierwszą iskrę.
Zawsze wierzyła – żarliwie, głęboko – że jedynym sposobem na zmianę świata jest jego unicestwienie.
 
 
 
 
20 SIERPNIA 2018
 
1
 
– Andreo – odezwała się matka. Po chwili poprawiła się, czyniąc zadość prośbie wyrażanej już setki razy. – Andy.
– Mamo…
– Pozwól mi mówić, skarbie – powiedziała Laura z naciskiem.
Andy skinęła głową, przygotowując się w duchu na długo oczekiwane kazanie. Dzisiaj kończyła trzydzieści jeden lat. Jej życie utknęło w martwym punkcie. Musiała zacząć sama podejmować decyzje, zamiast pozwalać, by życie podejmowało je za nią.
– To moja wina – oznajmiła Laura.
Andy poczuła, że jej spierzchnięte wargi otwierają się ze zdumienia.
– Co? – zapytała oszołomiona.
– Że tu tkwisz. Jak w pułapce.
Andy szerokim gestem obu rąk wskazała wnętrze restauracji.
– W Rise-n-Dine?
Spojrzenie matki powędrowało od czubka głowy Andy ku jej dłoniom, które nerwowo opuściła na blat stołu. Po drodze zarejestrowało brudne brązowe włosy niedbale związane w kucyk. Cienie pod zmęczonymi oczami. Obgryzione paznokcie. Wystające kości nadgarstków. Skórę, zwykle bladą, teraz o barwie wody po hot dogach.
Do tego dochodził służbowy strój. Granatowy uniform wisiał na Andy jak worek. Na identyfikatorze wyszytym srebrną nitką, zwisającym z kieszonki na piersi widniało logo z palmą z Belle Isle otoczoną literami układającymi się w słowa POLICYJNY DYSPOZYTOR. Jak policjantka, ale nie do końca. Jak dorosła, ale nie całkiem. Pięć nocy w tygodniu Andy siedziała z czterema innymi kobietami w ciemnym wilgotnym pomieszczeniu, odpowiadając na wezwania na numer alarmowy dziewięćset jedenaście, sprawdzając tablice rejestracyjne i prawa jazdy i nadając sprawom numery porządkowe. Około szóstej rano wracała do domu matki i przesypiała większość dnia.
– Nie powinnam pozwolić ci tu wracać – powiedziała Laura.
Andy zacisnęła wargi. Spojrzała na ostatni kęs jajecznicy na talerzu.
– Moja słodka córeczka – Laura wyciągnęła do niej rękę w oczekiwaniu, aż podniesie wzrok. – Odciągnęłam cię od twojego życia. Bałam się. Byłam egoistką. – Łzy popłynęły jej z oczu. – Nie powinnam aż tak cię potrzebować. Nie powinnam prosić aż o tyle.
Andy potrząsnęła głową i znowu spuściła wzrok.
– Kochanie.
Andy nie przestawała kręcić głową. Gdyby nie to, musiałaby zacząć mówić, a gdyby się odezwała, musiałaby powiedzieć prawdę.
Matka o nic jej nie prosiła.
Trzy lata temu Andy wracała do nędznej klitki na czwartym piętrze bez windy na Lower East Side, cierpnąc na myśl o kolejnej nocy w jednej sypialni dzielonej z trzema dziewczynami, za którymi niespecjalnie przepadała. Wszystkie były młodsze, ładniejsze i osiągnęły więcej od niej. Wtedy zadzwoniła Laura.
– Rak piersi – oznajmiła bez ściszania głosu i owijania w bawełnę w charakterystyczny dla siebie spokojny sposób. – Trzecie stadium. Chirurg usunie guza, a kiedy będę jeszcze pod narkozą, zrobi biopsję węzłów chłonnych, żeby ocenić…
Laura wdała się w fachowe objaśnienia, których sens jednak umknął Andy. Zupełnie jakby straciła zdolność rozumienia języka. Na dźwięk słów „pierś” i „rak” momentalnie pomyślała o obfitym biuście matki. Schowanym pod jednoczęściowym kostiumem kąpielowym na plaży. Wyglądającym z dekoltu sukni z podniesionym stanem na szesnastych urodzinach Andy’ego Netherfielda, na których obowiązywały kostiumy z czasów Jane Austen. Ujętym w usztywnione gąbką miseczki z fiszbinami jej stanika LadyComfort, gdy siedziała na sofie w swoim gabinecie logopedycznym.
Laura Oliver nie była seksbombą, ale reprezentowała typ, jaki mężczyźni nazywają dobrze zbudowaną. A może mówiły tak kobiety w ubiegłym wieku. Laura nie gustowała w ciężkim makijażu i perłach, ale nigdy nie wyszła z domu bez starannie ułożonej fryzury z krótkich siwych włosów, porządnie wyprasowanych lnianych spodni i czystej elastycznej bielizny.
Andy rzadko kiedy wychodziła z mieszkania na spokojnie. Zwykle musiała wracać po coś, czego zapomniała: telefon, identyfikator, kiedyś nawet po tenisówki, ponieważ wyszła z budynku w kapciach.
Kiedy ludzie w Nowym Jorku pytali ją o matkę, Andy zawsze przypominała sobie to, co Laura powiedziała o swojej matce. „Zawsze wiedziała, gdzie leżą przykrywki do wszystkich pojemników na jedzenie”.
Andy nawet nie zawracała sobie głowy zamykaniem woreczka strunowego.
Po drugiej stronie słuchawki, prawie tysiąc trzysta kilometrów od Andy, ciężkie westchnienie Laury było jedynym znakiem, że ta sytuacja jest dla niej trudna.
– Andreo?
Andy miała w uszach szum nowojorskiej ulicy. Musiała na powrót skupić się na głosie matki.
Rak.
Próbowała odchrząknąć. Nie udało się. Była w szoku. Sparaliżował ją strach. Świat nagle stanął w miejscu i wszystko – porażki, rozczarowania, sześć lat wegetowania w Nowym Jorku – zniknęło niczym cofająca się fala tsunami. Rzeczy, które nigdy nie powinny zostać odsłonięte, nagle znalazły się na widoku.
Jej matka miała raka.
Mogła umrzeć.
– Czeka mnie chemioterapia, która pewnie będzie bardzo trudna – ciągnęła Laura. Przywykła do wypełniania ciszy ze strony Andy własnymi kwestiami. Nauczyła się już dawno, że wypominanie jej milczenia skończy się raczej kłótnią niż wznowieniem cywilizowanej konwersacji. – Potem będę codziennie brać jedną tabletkę. I tyle. Pięcioletnia przeżywalność sięga ponad siedemdziesięciu procent, więc właściwie nie ma się czym martwić, tylko trzeba przez to przejść. – Nastąpiła przerwa na wzięcie oddechu, może w nadziei na to, że Andy jest już gotowa się odezwać. – Ten rak jest wyleczalny, kochanie. Nie chcę, żebyś się martwiła. Zostań tam, gdzie jesteś. Nic nie możesz zrobić.
Rozległ się klakson. Andy rozejrzała się wokół. Stała zastygła w bezruchu na środku przejścia dla pieszych. Zmusiła się do zrobienia kroku. Telefon parzył ją w ucho. Było po północy. Pot spływał jej po ciele jak roztopione masło. Usłyszała śmiech widzów sitcomu, brzęk butelek, czyjeś przejmujące wołanie o pomoc. Wszystkie te dźwięki uczyła się ignorować przez pierwszy miesiąc życia w mieście.
Po jej stronie telefonu cisza panowała już zbyt długo. W końcu matka ją ponagliła.
– Andreo?
Andy otworzyła usta, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
– Skarbie? – powiedziała pytająco Laura, nadal cierpliwie, życzliwym tonem, jakim rozmawiała ze wszystkimi spotykanymi ludźmi. – Słyszę hałas ulicy. Inaczej bym pomyślała, że zerwało połączenie. – Znowu urwała. – Andreo, muszę wiedzieć, że rozumiesz, co ci właśnie powiedziałam. To ważne.
Andy ponownie otworzyła usta. Odór ścieków, charakterystyczny dla tej okolicy, wdzierał się w jej nozdrza jak wszędobylskie meszki. Rozbrzmiał następny klakson. Inna kobieta krzykiem zaczęła wzywać pomocy. Następna porcja potu spłynęła Andy po plecach. Sięgnęła majtek. Elastyczna tkanina była rozdarta tam, gdzie lądował kciuk Andy przy zdejmowaniu bielizny.
Nie pamiętała, jak udało jej się wyrwać ze stuporu, zapamiętała jednak słowa, które skierowała w końcu do matki.
– Przyjeżdżam do domu.
Po sześciu latach w mieście niewiele miała spraw do załatwienia. Wymówienie z trzech posad w niepełnym wymiarze godzin złożyła esemesami. Sieciówkę na metro oddała bezdomnej kobiecie, która najpierw jej podziękowała, a potem piskliwie wyzwała od dziwek. W walizce wylądowały tylko najpotrzebniejsze rzeczy: ulubione T-shirty, para dżinsów, książki, które przetrwały nie tylko podróż z Belle Isle, ale też pięć przeprowadzek do coraz to gorszych mieszkań. W domu nie potrzebowała rękawiczek, kurtki ani nauszników. Nie kłopotała się praniem pościeli. Nie zdjęła jej nawet z kanapy, która pełniła funkcję łóżka. Ruszyła na LaGuardię tuż przed świtem, niecałe sześć godzin po telefonie od matki. Jej życie w Nowym Jorku błyskawicznie dobiegło końca. Jedyne, co zostawiła po sobie swoim trzem młodszym i lepiej wykształconym współlokatorkom, to niedojedzona kanapka z rybą w lodówce i zapłacona jej część czynszu za następny miesiąc.
To było trzy lata temu. Prawie połowę tego, ile spędziła w Nowym Jorku. W chwilach słabości zaglądała na profile swoich byłych współlokatorek na Facebooku. Były jej punktem odniesienia. Jedna z nich została menedżerką średniego szczebla portalu o modzie. Druga założyła firmę projektującą buty sportowe na indywidualne zamówienie. Trzecia zmarła po kokainowej imprezie na jachcie jakiegoś bogacza. Nocami, kiedy Andy odbierała telefon, a po drugiej stronie odzywał się dwunastolatek, który dla kawału zgłaszał, że padł ofiarą molestowania, nachodziła ją myśl, że z całej ich czwórki jednak najmniej osiągnęła.
Jacht, na litość boską.
Jacht.
– Skarbie? – matka zabębniła w stół, by zwrócić na siebie uwagę. Tłum w lokalu się przerzedził. Mężczyzna siedzący bliżej drzwi rzucił jej gniewne spojrzenie znad gazety. – Gdzie jesteś?
Andy znowu powiodła rękami dookoła, wskazując restaurację, ale to był wymuszony gest. Obie dobrze wiedziały, gdzie jest: niecałe dziesięć kilometrów od miejsca, w którym zaczęła.
Andy pojechała do Nowego Jorku w przekonaniu, że znajdzie sposób, by zabłysnąć, a skończyła emitując tyle światła, ile stara latarka pozostawiona w kuchennej szufladzie. Nie chciała być ani aktorką, ani modelką, ani żadną z postaci ze zwyczajowych dziewczyńskich marzeń. Nigdy nie marzyła o gwiazdorstwie. Pragnęła być w bliskości gwiazdy jako osobista asystentka, dostarczycielka kawy, rekwizytorka, dekoratorka, osoba od mediów społecznościowych, członkini zespołu wsparcia, ułatwiającego gwieździe życie. Chciała kąpać się w jej blasku. Być w centrum wydarzeń. Poznawać ludzi. Mieć kontakty i powiązania.
Jej profesor w Akademii Sztuki i Designu w Savannah wydawał się dobrym kontaktem. Olśniła go swoim zamiłowaniem do sztuki. Tak przynajmniej twierdził. Dopiero po fakcie dotarło do niej, że powiedział to, gdy już wylądowali w łóżku. Kiedy ona zakończyła romans, były kochanek uznał jej luźne uwagi o skupieniu się na karierze za groźbę. Zanim się zorientowała, co się dzieje, zanim wyjaśniła profesorowi, że nie próbuje wykorzystać jego niestosownego zachowania dla własnej kariery, mężczyzna pociągnął za kilka sznurków i załatwił jej pracę asystentki asystenta scenografa w przedstawieniu off-Broadway.
Off-Broadway!
Jedną ulicę od właściwego Broadwayu!
Andy brakowało dwóch semestrów do zakończenia nauki na kierunku technika teatralna. Spakowała walizkę i nie oglądając się za siebie, pojechała na lotnisko.
Dwa miesiące później przedstawienie spadło z afisza z powodu miażdżących recenzji.
Członkowie zespołu szybko znaleźli inne posady, dołączyli do ekip pracujących przy innych przedstawieniach. Wszyscy prócz Andy, która poznała smak prawdziwego życia w Nowym Jorku. Była kelnerką, wyprowadzała psy, malowała szyldy, windykowała długi przez telefon, rozwoziła przesyłki, robiła kanapki, obsługiwała ksero, a skończyła jako ta, która zostawiła niedojedzoną kanapkę rybną w lodówce i swoją część czynszu na następny miesiąc na kuchennym stole, a potem uciekła do Buttfuck w Georgii czy innej dziury, z której pochodziła.
Jedyne, z czym wróciła do domu, to resztki godności, które teraz traciła.
Podniosła wzrok znad talerza.
– Mamo. – Musiała odchrząknąć, zbierając się na wyznanie. – Kocham cię za to, co powiedziałaś, ale to nie twoja wina. Masz rację, że chciałam przyjechać do domu, by cię zobaczyć. Ale zostałam z innych powodów.
Laura zmarszczyła brwi.
– Z jakich powodów? Przecież uwielbiałaś Nowy Jork.
Andy nienawidziła Nowego Jorku.
– Świetnie tam sobie radziłaś.
Andy tam tonęła.
– Chłopak, z którym się spotykałaś, był tobą bardzo zainteresowany.
Jak wszystkimi innymi waginami w swoim budynku.
– Miałaś tyle przyjaciółek.
Żadna z nich nie odezwała się do niej od czasu wyjazdu.
– No cóż – westchnęła Laura. Lista argumentów dodających otuchy została wyczerpana. Jak zwykle przejrzała Andy na wylot. – Kochanie, zawsze chciałaś być kimś innym. Kimś wyjątkowym. W sensie bycia kimś obdarzonym szczególnym darem. Niespotykanym talentem. Dla mnie i taty jesteś wyjątkowa.
– Dzięki. – Andy teatralnie przewróciła oczami.
– Jesteś utalentowana. Jesteś bystra. Więcej niż bystra. Jesteś błyskotliwa.
Andy przejechała dłońmi w górę i dół twarzy, jakby chciała tym gestem wypisać się z tej rozmowy. Wiedziała, że jest bystra i utalentowana. Problem polegał na tym, że w Nowym Jorku wszyscy inni też są bystrzy i utalentowani. Nawet chłopak pracujący w pobliskim sklepiku spożywczym był zabawniejszy, bystrzejszy i błyskotliwszy od niej.
Laura nie dawała za wygraną.
– Nie ma nic złego w byciu zwyczajnym. Życie zwyczajnych ludzi jest pełne sensu. Spójrz na mnie. Szukanie przyjemności nie jest zdradą ideałów.
– Mam trzydzieści jeden lat, od trzech lat nie byłam na prawdziwej randce, mam sześćdziesiąt trzy tysiące dolarów kredytu za studia, których nie skończyłam i mieszkam w jednym pokoiku nad garażem swojej matki – stwierdziła Andy. Czuła, że brakuje jej powietrza. Zwerbalizowanie tej listy skończyło się uciskiem w klatce piersiowej. – Nie chodzi o to, co jeszcze mogę zrobić. Pytanie brzmi: co jeszcze mogę schrzanić?
– Niczego nie schrzaniłaś.
– Mamo…
– Przywykłaś, że czujesz się zdołowana. Można przyzwyczaić się do wszystkiego, zwłaszcza do złych rzeczy. Ale w tej chwili jedynym kierunkiem jest pójście w górę. Nie możesz spaść z podłogi.
– Słyszałaś kiedyś o piwnicy?
– Piwnice też mają podłogi.
– To ziemia.
– „Ziemia” to inne słowo na określenie podłogi.
– Ziemia to mogiła. Sześć stop pod ziemią.
– Czy ty zawsze musisz iść w makabrę?
Andy poczuła, jak nagła irytacja zamienia jej język w brzytwę. Powstrzymała się od kąśliwego komentarza. Nie była już nastolatką. Nie mogły już kłócić się o godzinę powrotu do domu, makijaż czy obcisłe dżinsy. Teraz toczyły spory o inne kwestie. Czy piwnice mają podłogi. Czy papier toaletowy powinien odwijać się z wierzchu czy spod spodu rolki. Czy widelce powinno się wkładać do zmywarki ząbkami do góry czy do dołu. Czy wózek na zakupy to wózek, czy kosz. O to, że Laura myli imię kota. Zamiast Mruczuś mówi Mruczek.
– Któregoś dnia pracowałam z pacjentem i wydarzyło się coś bardzo dziwnego.
Szybka zmiana tematu była jedną z jej odwiecznych strategii zawarcia rozejmu.
– Bardzo dziwnego – powtórzyła tonem pełnym wyczekiwania.
Andy wahała się przez chwilę, potem skinieniem głowy zachęciła Laurę, by kontynuowała.
– Cierpi na afazję Broki. Paraliż prawej strony. – Laura była dyplomowaną logopedką, mieszkającą na wybrzeżu w okolicy pełnej emerytów. Większość jej pacjentów przeszła ciężki udar mózgu. – Przedtem był informatykiem, ale to chyba nie ma znaczenia.
– Co takiego dziwnego się zdarzyło? – zapytała Andy, odgrywając swoją rolę.
Laura uśmiechnęła się lekko.
– Opowiadał mi o ślubie wnuka. Nie miałam pojęcia, co chce powiedzieć, ale usłyszałam Blue suede shoes. I nagle wróciło do mnie jedno wspomnienie. Kiedy umarł Elvis.
– Elvis Presley?
– Tak. Był siedemdziesiąty siódmy rok. Miałam czternaście lat. Wolałam Roda Stewarta niż Elvisa. Nieważne. W naszym kościele siedziały konserwatywne paniusie z wysoko upiętymi włosami i głośno opłakiwały jego śmierć.
Andy uśmiechnęła się zakłopotana, jak człowiek, który wie, że nie zrozumiał intencji rozmówcy.
Laura posłała córce taki sam zakłopotany uśmiech. Mimo upływu czasu od ostatniej chemioterapii nadal cierpiała z powodu jej wpływu na mózg. Zapomniała, o co jej chodziło.
– Przypomniałam sobie po prostu taką śmiesznostkę.
– Domyślam się, że chciałaś nawiązać do hipokryzji tych pań? – Andy próbowała odświeżyć jej pamięć. – Elvis był całkiem seksowny, prawda?
– Nieważne – Laura poklepała ją po dłoni. – Jestem ci niezmiernie wdzięczna. Za siłę, jaką mi dałaś podczas choroby. Za bliskość, jaka między nami pozostała do teraz. To dla mnie bezcenne. To dar. – Głos zaczął jej drżeć. – Teraz już mi lepiej. Chcę, żebyś zaczęła żyć swoim życiem. Chcę, żebyś była szczęśliwa. A jeśli to ci się nie uda, chciałabym, żebyś chociaż żyła w zgodzie z samą sobą. Tutaj tego nie osiągniesz, skarbie. Zależy mi, żeby ci to ułatwić, ale uda ci się tylko wtedy, kiedy dojdziesz do tego sama.
Andy powędrowała wzrokiem ku sufitowi. Potem rozejrzała się po pustym centrum handlowym. W końcu spojrzała na matkę.
Laura miała łzy w oczach. Potrząsała głową, jak robią to ludzie odczuwający zachwyt.   – Jesteś wspaniała. Wiesz o tym?
Andy parsknęła wymuszonym śmiechem.
– Jesteś wspaniała, bo jesteś sobą. – Laura przycisnęła dłoń do serca. – Jesteś utalentowana i piękna. Odnajdziesz swoją drogę, skarbie. I to będzie właściwa droga, bez względu na wszystko, ponieważ sama ją sobie wytyczysz.
Andy poczuła ściskanie w gardle. I wzbierające łzy. Wokół nich panowała taka cisza, że Andy słyszała szum własnej krwi w żyłach.
– No cóż – Laura zaśmiała się, sięgając po kolejną sprawdzoną strategię rozładowania emocji. – Gordon uważa, że powinnam dać ci ostateczny termin wyprowadzki z domu.
Gordon. Ojciec Andy. Był prawnikiem obsługującym fundusze powiernicze i sprawy spadkowe. Całe jego życie składało się z terminów.
– Nie zamierzam wyznaczać ci terminu ani dawać ultimatum – oznajmiła Laura.
Gordon uwielbiał ultimatum.
– Chcę powiedzieć, że jeśli to jest twoje życie – wskazała uniform Andy podobny do policyjnego munduru – to idź w tę stronę. Zaakceptuj je. A jeśli pragniesz zająć się czym innym – ścisnęła rękę Andy – to zrób to. Ciągle jesteś młoda. Nie masz kredytu mieszkaniowego, nie spłacasz rat za samochód. Jesteś zdrowa. Jesteś inteligentna. Możesz robić, co zechcesz.
– Nie z kredytem studenckim na karku.
– Andreo, nie chcę być fatalistką, ale jeśli będziesz tak ciągle kręcić się w kółko, zaraz stuknie ci czterdziestka, a ty poczujesz się bardzo zmęczona życiem w tym kołowrocie.
– Czterdziestka – powtórzyła Andy. W miarę zbliżania się do tej granicy czuła, że ten wiek nie wiąże się z automatycznym zgrzybieniem.
– Twój ojciec mawiał…
– Sraj albo wypad z klopa. – Gordon zawsze powtarzał Andy, żeby szła naprzód, do czegoś doszła, coś z sobą zrobiła. Przez lata winiła ojca o swój bezwład. Kiedy rodzice są energicznymi, wykształconymi ludźmi z sukcesami na koncie, lenistwo jest formą buntu, czyż nie? Uparte i konsekwentne wybieranie łatwiejszej drogi, ponieważ trudniejsza droga jest po prostu… trudna.
– Doktor Oliver? – przy ich stoliku stanęła starsza kobieta. Najwyraźniej nie dostrzegła, że zakłóca osobistą rozmowę matki i córki. – Nazywam się Betsy Barnard. W zeszłym roku pracowała pani z moim ojcem. Chciałam pani podziękować. Dokonała pani cudu.
Laura wstała, by uścisnąć kobiecie dłoń.
– Miło mi to słyszeć, ale to pani ojciec wykonał ogrom pracy. – Laura przybrała ton, jaki Andy nazywała w myślach „głosem, który leczy”. Zaczęła zadawała otwarte pytania o ojca kobiety. Widać było, że nie całkiem go pamięta, ale wysiliła się na tyle, by jej rozmówczyni się nie zorientowała. W pewnej chwili skinęła głową w stronę Andy. – To moja córka Andrea – powiedziała.
Betsy skinęła Andy głową, powtarzając gest Laury. Promieniała pod wpływem zainteresowania okazanego jej przez doktor Oliver. Wszyscy kochali matkę Andy, bez względu na to, w jakiej roli występowała: terapeutki, przyjaciółki, właścicielki firmy, pacjentki onkologicznej czy matki. Miała w sobie rodzaj naturalnej życzliwości, lecz unikała nadmiernego przesłodzenia dzięki ciętym, czasem cierpkim uwagom.
Od czasu do czasu, zwykle po kilku drinkach, Andy robiła takie samo wrażenie na nieznajomych, ale kiedy poznawali ją bliżej, rzadko utrzymywali z nią znajomość. Może na tym polegał sekret Laury. Miała dziesiątki, może nawet setki przyjaciół i znajomych, ale nikt nie znał jej we wszystkich odsłonach.
– Och! – Betsy niemal krzyknęła. – Chcę, żeby pani też poznała moją córkę. Na pewno Frank o niej mówił.
– Oczywiście, że Frank o niej mówił. – Andy dostrzegła ulgę na twarzy Laury. Matka rzeczywiście zapomniała imienia swojego pacjenta. Puściła oko do Andy, przełączając się na tryb „matka”.
– Shelly! – Betsy Barnard energicznie zamachała do córki. – Podejdź tu, musisz poznać kobietę, która uratowała życie dziadkowi.
Bardzo ładna młoda kobieta z ociąganiem podeszła do stolika, nerwowo skubiąc długie rękawy czerwonej koszulki z logo Uniwersytetu Georgii. Biały buldog na jej piersi  miał na sobie czerwony T-shirt. Wyraźnie zażenowana sytuacją, była nadal w tym wieku, kiedy człowiek nie przyznaje się do matki, chyba że potrzebuje pieniędzy albo współczucia. Andy dobrze pamiętała to uczucie przyciągania i odpychania. Zwykle nie była tak zdystansowana do tego, jak by chciała. Jest prawdą powszechnie znaną, że matka to jedyna osoba na świecie, która może pochwalić fryzurę córki, a córka usłyszy, że zwykle ma na głowie nieład i tylko przez krótką chwilę coś jej się udało z tym zrobić.
– Shelly, to pani doktor Oliver – Betsy Barnard władczym gestem objęła córkę ramieniem. – Jesienią Shelly zaczyna studia na Uniwersytecie Georgii. Prawda, kochanie?
– Ja też studiowałam na UGA – odezwała się Laura. – Oczywiście, to było dawno temu, kiedy robiliśmy notatki na kamiennych tabliczkach.
Zażenowanie Shelly wzrosło o kilka stopni, gdy jej matka skwitowała przesadnym śmiechem ten czerstwy żart. Laura próbowała złagodzić napięcie, uprzejmie pytając dziewczynę o kierunek jej studiów, marzenia i aspiracje. W młodości tego typu pytania traktuje się jak osobistą zniewagę, ale w dorosłym życiu człowiek uświadamia sobie, że to jedyne pytania, jakie umie zadać nastolatkowi.
Andy spojrzała na kubek w połowie wypełniony kawą. Była wyczerpana. Nie mogła przywyknąć do nocnych zmian. Ratowała się drzemkami przechodzącymi jedna w drugą, co oznaczało, że podkradała Laurze papier toaletowy i masło orzechowe ze spiżarni, ponieważ nigdy nie znajdowała czasu na zrobienie porządnych zakupów. Pewnie dlatego Laura uparła się na urodzinowy lunch, nie urodzinowe śniadanie, po którym Andy wróciłaby do swojej jaskini nad garażem i zasnęła przed telewizorem.
Dopiła zimną kawę, mając wrażenie, że łyka kawałki pokruszonego lodu. Rozejrzała się za kelnerką. Dziewczyna siedziała przygarbiona z nosem w telefonie. Żuła gumę, głośno przy tym mlaskając.
Andy czuła wzbierającą złość, ale wstając od stolika, starała się nad nią zapanować. Z wiekiem coraz trudniej przychodziło jej kontrolować odruchowe zachowania upodabniające ją do matki. Patrząc z perspektywy czasu, musiała jednak przyznać, że rady Laury często miały sens. Stój prosto, bo inaczej po trzydziestce będą cię bolały plecy. Noś porządne buty, bo inaczej po trzydziestce będziesz pokutować. Wyrób w sobie zdrowe nawyki, inaczej po trzydziestce zapłacisz za swoją niefrasobliwość.
Andy miała trzydzieści jeden lat. Płaciła tyle, że praktycznie była bankrutem.
– Jesteś policjantką? – Kelnerka w końcu oderwała wzrok od ekranu telefonu.
– Technikiem sztuk teatralnych.
Dziewczyna zmarszczyła nos.
– Nie wiem, co to znaczy.
– To jest nas dwie.
Andy dolała sobie kawy. Kelnerka rzucała na nią spojrzenia z ukosa. Może chodziło o uniform przypominający mundur policyjny. Dziewczyna wyglądała na taką, która ma w torebce ecstasy albo trawkę. Andy też odnosiła się do munduru ze sporą dozą nieufności. To Gordon załatwił jej posadę w dyspozytorni. Chyba liczył na to, że Andy zdecyduje się wstąpić do policji. W pierwszej chwili nie chciała o tym słyszeć. Policjantów uważała za złych ludzi. Kiedy poznała kilku osobiście, zmieniła zdanie. Przekonała się, że to w większości porządni ludzie starający się jak najlepiej wykonywać tę gównianą robotę. Po roku pracy w policyjnej dyspozytorni znienawidziła cały świat, ponieważ dwie trzecie zgłoszeń pochodziło od głupców nie rozumiejących, na czym polega nagły wypadek czy sytuacja kryzysowa.
Laura nadal rozmawiała z Betsy i Shelly Barnard. Andy widziała tę samą scenę wiele razy. Rozmówczynie Laury nie bardzo wiedziały, jak taktownie zakończyć rozmowę, a Laura była zbyt uprzejma, aby je odprawić. Zamiast wrócić do stolika, Andy podeszła do okna. Restauracja mieściła się w prestiżowym miejscu centrum handlowego na Belle Isle, w zakątku na parterze, z widokiem na Atlantyk wzburzony pierwszymi powiewami nadciągającego sztormu. Po nadmorskim deptaku usytuowanym wzdłuż plaży ludzie spacerowali z psami i jeździli na rowerach.
Wbrew nazwie Belle Isle nie była ani piękną, ani wyspą. Technicznie to stworzony przez człowieka półwysep, gdy korpus inżynieryjny armii Stanów Zjednoczonych pogłębił w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku port w Savannah. W zamierzeniach powstałe tereny miały stać się niezamieszkałą naturalną barierą przed huraganami, ale władze stanowe zobaczyły w nowym nabrzeżu potencjalne źródło pieniędzy. W ciągu pięciu lat po pogłębieniu portu ponad połowa powierzchni została pokryta betonem: nadmorskimi willami, szeregowcami, wielorodzinnymi budynkami mieszkalnymi i centrami handlowymi. Resztę zajmowały korty tenisowe i pola golfowe. Emeryci z północy grali w słońcu całymi dniami, o zachodzie słońca popijali martini i dzwonili na numer alarmowy, gdy sąsiedzi za długo pozostawiali na ulicy swoje pojemniki na śmieci.
– Jezu – dobiegł ją czyjś szept, cichy i złowieszczy, lekko zabarwiony zaskoczeniem.
W atmosferze zaszła jakaś zmiana. Tylko tak Andy była w stanie to opisać. Poczuła, jak jeżą jej się włoski na karku. Zimny dreszcz przebiegł po plecach. Nozdrza się rozszerzyły. Zaschło w ustach. Oczy zaczęły łzawić.
Usłyszała dźwięk przypominający kliknięcie pokrywki otwieranego słoika.
Odwróciła się.
Biały kubek wypadł jej z ręki. Patrzyła, jak leci na podłogę i roztrzaskuje się na kawałki, które odbijają się od białych płytek.
Jeszcze przed chwilą panowała tu niesamowita cisza. Teraz zapanował chaos. Rozległy się rozpaczliwe krzyki. Ludzie biegali, pochylając głowy i osłaniając je rękami.
Kule.
Trach, trach.
Shelly Barnard leżała na ziemi. Na wznak. Z rozrzuconymi ramionami. Nienaturalnie skręconymi nogami. Szeroko otwartymi oczami. Jej czerwona koszulka wyglądała na mokrą. Tkanina przywarła jej do piersi. Z nosa dziewczyny sączyła się krew. Andy patrzyła, jak cienka czerwona strużka spływa jej po policzku do ucha.
Shelly miała w uszach kolczyki w kształcie buldoga.
– Nie! – krzyknęła Betsy Barnard. – Ni…
Trach.
Andy zobaczyła, jak z gardła kobiety tryska fontanna krwi.
Trach.
Bok czaszki Betsy pękł z trzaskiem niczym plastikowa torba.
Kobieta osunęła się na ziemię. Na córkę. Na swoją martwą córkę.
Martwą.
– Mamo – szepnęła Andy, ale Laura już ku niej biegła. Z rozpostartymi ramionami, na ugiętych nogach. Z szeroko otwartymi ustami. Oczami rozszerzonymi strachem. Twarzą gęsto usianą czerwonymi plamkami.
Andy uderzyła potylicą w szybę, gdy Laura pociągnęła ją na ziemię. Poczuła na twarzy oddech matki. Wzrok jej się zmącił. Usłyszała trzask. Spojrzała w górę. Szyba nad nią pokryła się siateczką pęknięć, układających się we wzór misternej pajęczyny.
– Proszę! – zawołała Laura. Przetoczyła się na brzuch, oparła się na kolanach, potem wstała. – Przestań.
Andy zamrugała oczami. Potarła je ściśniętymi dłońmi. Pod powiekami coś jej przeszkadzało. Paproch? Drobinka szkła? Krew?
– Proszę – powtórzyła Laura.
Andy znowu zamrugała powiekami.
I jeszcze raz.
Mężczyzna celował z rewolweru w serce jej matki. To nie była broń policyjna, bardziej przypominała rewolwer bębenkowy z czasów Dzikiego Zachodu. Strój napastnika pasował do rodzaju broni. Czarne dżinsy, czarna koszula z perłowymi guzikami, czarna kamizelka ze skóry i czarny kowbojski kapelusz. Pas wisiał mu nisko na biodrach. Miał kaburę na broń i długą pochwę na nóż myśliwski.
Był przystojny.
Miał młodą gładką twarz. Był w wieku Shelly, może trochę starszy.
Ale Shelly nie żyła. Nie pójdzie na studia na uniwersytet stanowy. Nie poczuje już zażenowania z powodu matki, ponieważ jej matka też nie żyła.
Człowiek, który zamordował je obie, teraz mierzył w klatkę piersiową Laury.
Andy usiadła.
Laura miała tylko jedną pierś. Lewą. Chirurg usunął prawą, a ona jak dotąd nie poddała się operacji rekonstrukcji piersi, ponieważ nie mogła znieść myśli o pójściu do kolejnego lekarza i poddania się kolejnej procedurze medycznej. Morderca stał naprzeciwko niej z zamiarem posłania kuli prosto w miejsce po odjętej piersi.
– Mmm… – głos uwiązł Andy w gardle. Mogła je wypowiedzieć tylko w myślach.
Mamo.
– Już dobrze – głos Laury brzmiał pewnie, spokojnie. Wyciągnęła przed siebie ręce, jakby wierzyła, że zatrzyma kule. – Możesz już stąd wyjść – zwróciła się do napastnika.
– Wal się. – Mężczyzna przeniósł wzrok na Andy. – Gdzie masz broń, pieprzona glino?
Andy zadrżała i skuliła się z przerażenia.
– Ona nie ma broni – powiedziała Laura opanowanym głosem. – Pracuje jako sekretarka na komisariacie. Nie jest policjantką.
– Wstawaj! – mężczyzna krzyknął do Andy. – Widzę twoją odznakę! Wstawaj, glino! Rób, co do ciebie należy!
– To nie odznaka, tylko emblemat. Nie denerwuj się – powiedziała Laura. – Posłuchaj mnie, Andy.
– Mnie słuchajcie, pieprzone zdziry! – wrzasnął mężczyzna, pryskając śliną. Pomachał rewolwerem w powietrzu. – Wstawaj, glino. Będziesz następna.
– Nie. – Laura zastąpiła mu drogę. – Ja jestem następna.
Napastnik błyskawicznie przeniósł wzrok na Laurę.
– Zastrzel mnie – dodała z niezachwianą pewnością. – Chcę, żebyś mnie zastrzelił.
Na wykrzywionej wściekłością twarzy mężczyzny pojawiło się zakłopotanie. Tego nie przewidział. Ludzie powinni umierać z przerażenia, a nie zgłaszać się na ochotnika jako potencjalne ofiary.
– Zastrzel mnie – powtórzyła.
Napastnik zerknął na Andy ponad ramieniem Laury, potem znowu spojrzał na nią.
– No, dalej. Została ci jedna kula. Wiesz o tym. W tym rewolwerze jest tylko sześć kul. – Uniosła ręce, pokazując cztery wyprostowane palce lewej dłoni i jeden prawej. – Dlatego nie pociągnąłeś jeszcze za spust. Została jedna kula.
– Nie wiesz…
– Tylko jedna. – Laura pokiwała kciukiem, oznaczającym szóstą kulę. – Kiedy mnie zastrzelisz, moja córka ucieknie. Prawda, Andy?
Co?
– Andy – powiedziała matka. – Musisz biec, skarbie.
Co?
– On nie zdąży załadować na nowo broni, żeby cię skrzywdzić.
– Kurwa! – wrzasnął mężczyzna, usiłując na powrót rozbudzić w sobie wściekłość. – Nie ruszać się! Obie.
– Andy – Laura postąpiła krok w jego kierunku. Utykała. Z rozdarcia w lnianych spodniach wypływała krew. Z nogi sterczało coś białego. Wyglądało jak fragment kości. – Posłuchaj mnie, skarbie.
– Powiedziałem: nie ruszać się!
– Wyjdź przez drzwi kuchenne – głos Laury emanował niezmiennym spokojem. – Na tyłach jest wyjście.
Co?
– Stój, zdziro. Obie stójcie.
– Zaufaj mi – ciągnęła Laura. – On nie zdąży nabić broni.
Mamo.
– Wstań. – Laura zrobiła kolejny krok. – Powiedziałam wstań.
Mamo, nie.
– Andreo Eloise. – Laura przybrała teraz ton surowej matki, nie troskliwej mamy. – Wstawaj. Już.
Ciało Andy poruszyło się niezależnie od jej woli. Lewa stopa dotykała ziemi, prawa pięta uniosła się nad podłogą, palce dotykały ziemi jak u sprinterki w bloku startowym.
– Przestań! – napastnik skierował broń w stronę Andy, ale Laura poszła za ruchem jego ręki i odgrodziła go od Andy, zasłaniając własnym ciałem przed ostatnią kulą.
– Zastrzel mnie. No, dalej – zwróciła się do mężczyzny.
– Chrzanić to.
Andy usłyszała cichy trzask.
Odciąganie spustu? Kurek uderzający w kulę?
Zacisnęła powieki i nakryła głowę rękami.
Nic się jednak nie stało.
Nie było wystrzału. Nie było okrzyku bólu.
Nie było odgłosu padania ciała na ziemię.
Podłoga. Ziemia. Sześć stóp pod ziemią.
Andy skuliła się w sobie i podniosła głowę.
Mężczyzna rozpiął pochwę myśliwskiego noża.
Powoli go wyjmował.
Piętnaście centymetrów stali. Ząbkowanej z jednej strony. Ostrej z drugiej.
Rewolwer schował do kabury i przerzucił nóż do dominującej ręki. Nie trzymał go jak do krojenia steków, lecz od dołu, jak wtedy, kiedy ma się zamiar kogoś dźgnąć.
– Co chcesz z tym zrobić? – zapytała Laura.
Nie odpowiedział. Pokazał.
Dwa kroki w przód.
Ostrze przecięło powietrze i opadło prosto w serce Laury.
Andy była sparaliżowana. Zbyt przerażona, by zwinąć się w kłębek; zbyt zszokowana, by zrobić cokolwiek prócz patrzenia na śmierć matki.
Laura wyciągnęła przed siebie rękę, jakby chciała zablokować nóż. Ostrze weszło prosto w środek jej dłoni. Zamiast upaść z krzykiem, zacisnęła palce na rękojeści noża.          Morderca był zbyt zaskoczony, żeby z nią walczyć.
Laura wyszarpnęła mu nóż z ręki, chociaż długie ostrze ciągle wystawało jej z dłoni.
Napastnik zachwiał się i cofnął.
Spojrzał na swój nóż sterczący w jej ręce.
Sekunda.
Dwie.
Trzy.
Nagle przypomniał sobie o broni w kaburze. Sięgnął po nią prawą ręką. Zacisnął palce na rękojeści. Błysnęło srebro lufy. Napastnik objął broń lewą ręką i wymierzył wprost w serce Laury.
Laura zamachnęła się ręką, w której tkwił nóż, i z bekhendu wraziła ostrze w bok szyi napastnika.
Ten odgłos brzmiał jak chrzęst rzeźnickiego noża dzielącego tuszę wołową. Echo rozeszło się po sali, przyprawiając Andy o dreszcz grozy.
Napastnik otworzył szeroko usta. Wciągnął powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Wytrzeszczył oczy.
Grzbiet dłoni Laury nadal tkwił przy jego szyi, uwięziony między rękojeścią i ostrzem.
Andy zobaczyła, że Laura porusza palcami.
Usłyszała szczęk metalu. Napastnik próbował unieść rewolwer w dygoczącej ręce.
Laura coś powiedziała. Właściwie brzmiało to bardziej jak warknięcie.
Napastnik nie dawał za wygraną. Nadal starał się unieść broń i wycelować.
Laura przeciągnęła ostrze po jego gardle.
Krew, ścięgno, chrząstka.
Wszystko buchnęło z jego rozpłatanej szyi jak woda z pękniętej tamy.
Jego czarna koszula pociemniała. Perłowe guziki zabarwiły się na rozmaite odcienie różu.
Wypuścił broń z ręki.
Osunął się na kolana. Padł bezwładnie w przód.
Andy obserwowała jego oczy.
Umarł, zanim z impetem uderzył głową o ziemię.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka w ruchu 4,90 zł     - 2 dni
Paczka 48 do domu 11,90 zł 13,90 zł 2 dni
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej 10,90 zł 12,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień
Kurier DPD 14,90 zł 16,90 zł 1 dzień
Opcje dostawy:
Paczka w ruchu
Płatność online:
4,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Paczka 48 do domu
Płatność online:
11,90 zł
Płatność przy odbiorze:
13,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w punkcie Poczty Polskiej
Płatność online:
10,90 zł
Płatność przy odbiorze:
12,90 zł
Czas dostawy:
2 dni
Opcja dostawy:
Odbiór w paczkomacie InPost
Płatność online:
9,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-2 dni
Opcja dostawy:
Mini paczka do domu InPost
Płatność online:
7,90 zł
Płatność przy odbiorze:
    -
Czas dostawy:
1-5 dni
Opcja dostawy:
Przesyłka kurierska InPost
Płatność online:
13,90 zł
Płatność przy odbiorze:
15,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień
Opcja dostawy:
Kurier DPD
Płatność online:
14,90 zł
Płatność przy odbiorze:
16,90 zł
Czas dostawy:
1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Układanka
Autor Karin Slaughter
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 03-10-2018
Oprawa Miękka
ISBN 9788327637598
Projekt okładki Robert Dąbrowski
Ocena 
10-12-2018

Inna twarz Slaughter

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Karin Slaughter było więcej niż zadowalające. „Moje śliczne” okazały się lekturą pełną emocji i napięcia, tego samego spodziewałam się sięgając niedawno po „Układankę”, czyli najnowszą powieść autorki. Nie mogę powiedzieć, żebym się zawiodła. Wyraźnie widać, że Slaughter potrafi dawkować i budować odpowiedni nastrój oraz napięcie i ma świetne pomysły na swoje fabuły. Moim jedynym zarzutem, zresztą bardzo osobistym, jest fakt, że dla mnie książka ta jest zbyt mocno osadzona wokół wątków społeczno-ekonomicznych, które niekoniecznie należą do moich ulubionych. Nie zmienia to faktu, że przeczytałam tę powieść z zainteresowaniem i sprawiła mi dużo przyjemności.

Andrea prowadzi mało satysfakcjonujące życie u boku swojej matki. Wróciła do rodzinnego domu by pomóc rodzicielce w walce z rakiem piersi. Teraz wydaje jej się, że utknęła nie tylko w tym domu, ale także na tym etapie życia. Właśnie ten problem próbują rozwikłać razem z matką siedząc pewnego dnia w kawiarni. Spokój rozmowy zostaje jednak zburzony wtargnięciem uzbrojonego napastnika, który zaczyna strzelać do gości lokalu. W jednej chwili Laura (matka Andrei) ze statecznej matrony przeistacza się w wojowniczkę. Aby uchronić swoją córkę zaczyna dialog z napastnikiem, a w końcu rozbraja go i… zabija! Wszyscy są w szoku. Kolejne wydarzenia każą dziewczynie zastanowić się kim tak naprawdę jest jej mama…

Laura jest szalenie barwną i ciekawą postacią, która ma wiele do ukrycia. Za to jej córka, której postać gra początkowo pierwsze skrzypce, wydaje się przy niej nijaka i nudna, i niestety właśnie przez to pierwsze (współczesne) rozdziały tej historii nieco się dłużą. Fabuła rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: w roku 1986 i 2018. Wydarzenia z przeszłości są ciekawsze, jednak jedne i drugie ostatecznie zazębiają się tworząc jedną, konkretną opowieść. Początkowo trudno jest odgadnąć o co tak naprawdę chodzi w tej historii, jednak z czasem kolejne elementy układanki zaczynają do siebie idealnie pasować, choć momentami miałam wrażenie, że niektóre fragmenty ocierają się o lekką abstrakcję. Nie ma to jednak wpływu na odbiór książki.

Powieść jest dość zawiła, zawiera wiele wątków, w tym właśnie wspomniane przeze mnie wcześniej społeczne i ekonomiczne (a nawet podszyte lekką nutą polityki), o ile te pierwsze same w sobie mi nie przeszkadzają, to mocne uwikłanie ich w te drugie, sprawia że walory fabularne tej opowieści są dla mnie nieco obniżone. Jestem jednak przekonana, że dla wielu będą one stanowiły barwny dodatek do ciekawej opowieści o młodej kobiecie, która uwikłała się w bardzo niebezpieczną grę. Dlatego myślę, że mogę z czystym sumieniem polecić „Układankę” wszystkim miłośnikom dobrych thrillerów i powieści sensacyjnych. A fani twórczości Karin Slaughter będą nią po prostu zachwyceni, bo odnoszę wrażenie, że autorka pokazała tutaj swoją nieco inną literacką twarz.

Ocena 
09-12-2018

Trzymająca w napięciu

Nazwisko Karin Slaughter wielokrotnie obijało mi się o uszy. Kiedyś czytałam jedno, krótkie opowiadanie autorki, ale nie zrobiło ono na mnie wielkiego wrażenia. Jednak zdecydowałam się sięgnąć po najnowszą powieść tej autorki.

Andrea pracuje w call center pomagając ludziom z problemami. W dniu swoich urodzin udaje się z mamą do restauracji. Rozmowa nie bardzo się klei, ale zostaje ona brutalnie przerwana strzelaniną. Jedyną osobą, która zachowuje zimną krew jest Laura - matka Andrei, która z łatwością obezwładnia szaleńca i zabija go. Następnie karze córce szybko spakować się i jak najszybciej wyjechać z miasta. Zszokowana córka stawia opór, ale potem wiedziona ciekawością o przeszłości swojej matki postanawia jechać tropem wskazanym przez rodzicielkę.

Wydaje mi się, że w książkę wkradł się mały chaos, jednakże czytało mi się ją całkiem dobrze. Wartka akcja, zaskakujące momenty powodują, że czytelnik chce z książką spędzić czas. Jednakże nie wiem czy jest to wina tłumaczenia, czy może język autorki jest taki twardy. W thriller trzeba się wgryźć i dopiero potem czytanie idzie zdecydowanie łatwiej.

Powieść porusza ciekawy motyw: zagadki, które skrywają nasze rodziny bywają bardzo interesujące i z pewnością są one warte uwagi. Myślę, że nie do końca znamy siebie. Dzisiaj nasze życie toczy się bardzo szybko i nie ma czasu na rodzinne pogawędki. Zdarza się, że znajomi z portali społecznościowych są nam bliżsi, niż rodzice czy dziadkowie. Może czasami warto zwolnić i zadać pytanie rodzicom na przykład jak się poznali?

Polecam Wam lekturę na zimowe wieczory. Myślę, że to też dobra książka na prezent świąteczny - z pewnością obdarowany miłośnik gatunku bardzo się ucieszy.

Ocena 
29-11-2018

polecam

Karin Slaughter to feministka wśród autorów thrillerów, bo u niej kobiety są nie tylko ofiarami ale także głównymi bohaterkami, także po tej silnej stronie. Oczywiście poza tym faktem, ksiażka jest warta przeczytania z innych powodów: wartka akcja, ciekawa fabuła i przeplatające sie wątki przeszłości i teraźniejszości

Ocena 
29-11-2018

kiedy przeszłość dogania teraźniejszość

Układanka rozgrywa się w dwóch czasach, gdzieś w latach 80. w młodości Laury i po latech kiedy ma ona już dorosłą córkę, którą bardzo starała sie przed swoją przeszłością chronić. Na poziomie relacji matka - córka początkowo wydaje się, że kobiety łączy niewiele. Zmienia się to w miarę odkrywania przez córkę prawdy o przeszłości matki i kiedy życie ich obu jest zagrożone.

Ocena 
24-11-2018

Jeśli wszyscy milczą, nikt nie będzie wiedział

Andrea jest wycofaną i zagubioną życiowo młoda kobietą, pracującą w policyjnej dyspozytorni. Prowadzi nudne, jak dotychczas bezowocne życie i z czasem oswaja się z myślą, że tak już będzie wyglądać jej przyszłość. Będzie córką, która wróciła do rodzinnego domu aby opiekować się matką po onkologicznych przejściach i będzie kobietą na granicy depresji, bojącej się własnego cienia, niezrealizowanej zawodowo i społecznie, żyjącej w kokonie ułudy i beznadziejności.
Laura jest miłą, spokojną i empatyczną logopedką pracującą z ludźmi po udarach i innych zaburzeniach neurologicznych, cierpliwą matką, która wciąż rozpościera parasol ochronny nad dorosłą już córką i filarem lokalnej społeczności.
Pewnego dnia matka i córka spotykają się na urodzinowym lunchu w restauracji mieszczącej się w ekskluzywnym centrum handlowym. Dzień jak co dzień. Zdawkowe pytania, rozmowa o niczym, próba odnalezienia wspólnej płaszczyzny porozumienia i nerwowe odliczanie minut do zakończenia tego spotkania. Kiedy nagle do lokalu wpada uzbrojony młody mężczyzna i zaczyna strzelać do ludzi, wszyscy wpadają w panikę, wszyscy z wyjątkiem Laury. W momencie zagrożenia życia swojej córki, kobieta przeistacza się w wojownika. Nie w naładowaną adrenaliną matkę, za wszelka cenę i na oślep broniącą swojego dziecka, ale w metodycznie postępującego żołnierza. Bez wahania zabija napastnika.
W jednej chwili całe dotychczasowe życie Andy i jej wszelkie wyobrażenie o własnej matce rozpadają się jak domek z kart. Kim jest Laura? Kim była Laura w przeszłości? I kim są tajemniczy Oni, przez których dziewczyna jest zmuszona uciekać z miasta, nie zadając pytań i ściśle wypełniając instrukcje matki?
Z początku postać Andy mnie drażniła. Jej strach, naiwność, ciągnące się godzinami wewnętrzne dialogi, niekonsekwencja w działaniu, chaotyczne ruchy, beznadziejne decyzje. Z czasem jednak, kiedy zaczęłam w niej bardziej dostrzegać realna kobietę a nie sztucznie wykreowana bohaterkę, zrozumiałam, że jej postawa nie mogła być inna. To nie ona miała się zmienić dla życia, to życie miało ją ukształtować. Zastanawiałam się, jak ja zachowywałabym się na jej miejscu. Czy znalazłabym w sobie dość siły by niczym Terminator walczyć z całym światem, czy jednak z naiwnością dziecka miotałabym się w tym brutalnym świecie, cały czas mając nadzieję , że w końcu się obudzę i świat jaki dotychczas był moim światem będzie nim nadal, a najbliższe mi osoby pozostaną wciąż takie same..... Aby nie zdradzać za wiele i nie zepsuć radości z czytania "Układanki" powiem tylko, że moje osobiste odczucia względem charakteru bohaterki zmieniały się wraz z rozwojem akcji.
Z czasem też poznajemy przeszłe życie Laury i całą sytuację, która to życie determinowała. W miarę czytania zaczynamy rozumieć jej zachowanie i decyzje, które podjęła. Docieramy do punktu, w którym Laura porzuca dotychczasowe życie, a ona sama zmienia się niczym kameleon. Musi tak głęboko ukryć swoja tożsamość, jak głęboko Andy musi sięgnąć by dowiedzieć się kim naprawdę jest jej matka i kim jest ona sama. Z czasem wszystkie rozrzucone elementy układanki, zebrane razem przedstawiły nam czytelny obraz. Oczywiście nie brakowało i słabszych momentów fabuły, czasami klocki dopasowywano na siłę, ale generalnie całość prezentowała się całkiem zgrabnie. Akcja książki wciągnęła mnie od samego początku, zarówno ta część współczesna jak i przeszłość. "Układanka" to książka nie tylko o poszukiwaniu ukrytej przeszłości, zemście, żalu i obsesyjnej miłości, ale także doskonała prezentacja studium manipulacji i psychicznej władzy nad drugim człowiekiem.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Karin Slaughter, ale po przeczytaniu Układanki już wiem, że nie będzie ostatnim. Jeżeli wszystkie jej książki są tak dobre jak Układanka, to autorka znalazła w mojej osobie wiernego czytelnika.

Ocena 
23-11-2018

Każdą kolejną książkę Slaughter porównuje do fantastycznych "Moich ślicznych", które szalenie mi się podobały pod każdym względem.
"Układanka" wypada gorzej w tym porównaniu, ale ma swoje plusy.
Autorka w każdą swoją historię stara się wpleść problemy rodzinno- społeczne. W tym przypadku pokazuje jak ważną rolę w życiu osób młodych i podatnych na manipulację odkrywają znajomi z mocnym, dominującym charakterem. Slaughter porusza problem sekt, które wierzą w tzw."wyższe cele".
Nie do końca spodobało mi się zakończenie "Układanki", chociaż trzymało poziom. Jest to dobry, wciągający thriller. Nie będziecie zawiedzeni.

Ocena 
23-11-2018

Porywający thriller

„Układanka” Karin Slaughter to ten typ powieści, która już od pierwszych stron porywa czytelnika intrygującą akcją. Wszystko zaczyna się od niepozornej sceny – matka i córka jedzą urodzinowy lunch i rozmawiają o przyszłości trzydziestojednoletniej jubilatki. Andy jest przeciętną kobietą, która nie ma pomysłu na przyszłość - mieszka w domu matki, nie ma oszczędności ani pomysłu na siebie. Jej nudne życie przewraca się do góry nogami, kiedy do restauracji wpada uzbrojony szaleniec, który zaczyna strzelać. Sparaliżowani strachem goście kulą się ze strachu za stolikami, modląc się, by to nie oni stali się kolejnym celem zamachowca. Tymczasem ranna matka Andy, drobna logopedka, staje w obronie córki, spektakularnie rozbraja napastnika i go zabija…

Andrea jest w szoku, nie może uwierzyć, że jej stateczna rodzicielka odważyła się obezwładnić i zabić niebezpiecznego mężczyznę. Tymczasem rozpoczyna się śledztwo, a Laurą i jej niezwykłym wyczynem zaczyna interesować się FBI. Zachowanie zrównoważonej do tej pory kobiety gwałtownie się zmienia. Laura kategorycznie zabrania córce rozmów z policją, staje się oschła i dość obcesowo każe Andy natychmiast wyprowadzić z domu. Trzydziestojednolatka jest zagubiona z powodu nagłej zmiany zachowania mamy oraz czuje się odtrącona, na swoje nieszczęście zwleka z wyprowadzką i staje się świadkiem przerażającej sceny. Okoliczności zmuszają Andy do natychmiastowej ucieczki. Podążając za wskazówkami pozostawionymi jej przez matkę kobieta przemierza Stany Zjednoczone, by odkryć szokującą prawdę o przeszłości Laury.

Akcja „Układanki” rozgrywa się na dwóch planach czasowych – wydarzeń rozgrywających się w teraźniejszości i bardzo ciekawych reminiscencji, które przenoszą czytelnika do roku 1986. Na główną część powieści składa się historia Andy, jej ucieczki, prób odkrycia tajemnic matki oraz przyspieszonego procesu dojrzewania emocjonalnego, który musi przejść mocno gapowata bohaterka. Andy jest niestety postacią bardzo irytującą i trudno ją polubić – jest niezaradna życiowo, często zachowuje się jak beksa, pozwala sobą manipulować i przez ogromną część fabuły zachowuje się jak osoba lekko upośledzona. Nie takiego typu głównego bohatera spodziewa się na ogół czytelnik sięgający po thrillery. Odniosłam wrażenie, że opowieść dotycząca Andy jest jedynie pretekstem do przedstawienia innej, o wiele ciekawszej i bardziej złożonej historii. Jest swoistego rodzaju klamrą, dzięki której pisarka mogła elegancko domknąć wątki i wydarzenia, które rozgrywały się w przeszłości.

Najmocniejszą stroną tego tytułu nie jest historia rozgrywająca się w teraźniejszości, lecz właśnie naładowane akcją, tajemnicą i mnóstwem wątków psychologicznych oraz społeczno-obyczajowych fragmenty przenoszące czytelników do roku 1986. To w nich kryje się główny wątek powieści i to one wyzwalają podczas lektury największe emocje – właśnie dla tych części warto przeczytać „Układankę”.

Ocena 
22-11-2018

Układanka

,,Układanka" Karin Slaughter to najnowsza powieść autorki, która ukazała się w Polsce. Czy warto się z nią zapoznać?

Andrea nigdy w życiu nie przypuszczałaby , że to co zrobiła jej matka, zachwieje jej całym całkiem uporządkowanym życiem. Kobieta miała już 31 lat i przypuszczała, że wie o swojej rodzicielce wszystko. Okazało się, że to,że jej matka zamordowała pewnego chłopaka nie było najgorszym, czego mogła się o niej dowiedzieć. To wydarzenie zapoczątkowało odkrywanie kart z przeszłości.

Karin Slaughter słynie z bardzo dobrze napisanych thrillerów. Do tej pory miałam okazję zapoznać się chyba tylko w jednym z nich, więc z chęcią dałam szansę ,,Układance". Książka jest naprawdę obszerna, dodatkowo w większym niż standardowy formacie. Akcja dzieje się współcześnie oraz ponad 30 lat wstecz. Rozdziały przeplatają się ze sobą.

Autorka stworzyła naprawdę świetnie skonstruowaną powieść, w której wszystko idealnie wskakuje na swoje miejsce. Początkowo mnogość bohaterów i faktów może nieco przerażać, jednak z czasem wszystko się doskonale komponuje. Nie jest to z całą pewnością pozycja, którą pochłonie się w jeden dzień, ale warto spędzić z nią kilka wieczorów.

Ocena 
21-11-2018

Układanka

Andrei wydawało się, że dobrze zna swoją matkę, Laurę, do której przeprowadziła się, gdy ta walczyła z rakiem. Kiedy kobiety wybrały się do restauracji, by świętować urodziny Andrei, dochodzi do strzelaniny. Laura jako jedyna zachowuje zimną krew i zabija napastnika. Jakby tego było mało, nakazuje córce, by ta zniknęła, a sama odmawia składania zeznań. Andrea wykonuje polecenia matki i rusza w podróż, która pozwoli jej poskładać w jedną całość fragmenty układanki z życia Laury.

Ostatnia powieść Karin Slaughter niespecjalnie mnie zachwyciła i przyznam, że nieco obawiałam się tej historii. Nie wiedziałam, czego mam się po niej spodziewać, ale postanowiłam dać autorce szansę i nie żałuję, że to zrobiłam.

Andrea, zwana Andy, miała zwyczajne życie. Posunę się nawet do stwierdzenia, że było ono nudne. Kobieta przeprowadza się do matki, gdy dowiaduje się, że ta ma raka. Pewnego dnia spokój bohaterek zostaje zburzony przez strzelaninę, o której już wspomniałam. Andy dowiaduje się, że właściwie nic nie wie o Laurze. Wyrusza w podróż, po której nic nie będzie takie, jak było kiedyś.

Mamy tu dwie płaszczyzny czasowe: teraźniejszość i przeszłość. Cofamy się w czasie, by przekonać się, co takiego wydarzyło się w życiu Laury, że jest akurat w takim, a nie innym miejscu. I przyznaję szczerze, że na początku bardziej interesowała mnie teraźniejszość, ale bardzo szybko się to zmieniło i po jakimś czasie przeszłość intrygowała mnie bardziej i nie chciałam wracać do tego, co się aktualnie działo, bo Andy i jej działania momentami działały mi na nerwy.

Wszystko po jakimś czasie zaczyna składać się w logiczną całość jak tytułowa układanka. Karin Slaughter udało się utrzymać mnie w napięciu i pochłonęłam tę książkę jednym tchem, nie potrafiłam się od niej oderwać. Intrygowała mnie przeszłość Laury i chciałam ją poznać. I gdy kolejne fakty wychodziły na jaw, coraz bardziej ją podziwiałam. Nie chcę Wam zdradzać szczegółów, ale swoje w życiu przeszła i udało jej się mimo wszystko po tym pozbierać.

W tej powieści mamy przedstawiony dramat wielu ludzi. Zarówno pierwszoplanowych, jak i drugoplanowych bohaterów. Karin Slaughter pokazuje czytelnikowi, do czego są w stanie posunąć się ludzie, gdy doprowadzi się ich do ostateczności, zada się im cios, po którym ciężko się podnieść. Kilka razy się wzruszyłam, ale głównie siedziałam napięta jak struna i czekałam na to, co autorka jeszcze będzie w stanie mi zaoferować.

Może i Układanka nie pobiła Moich ślicznych, ale uważam, że to jedna z lepszych powieści Karin Slaughter. Jeśli szukacie dobrego thrillera, myślę, że to może być dla Was dobra propozycja.

Ocena 
21-11-2018

"Próbowali nas zakopać. Nie wiedzieli, że jesteśmy nasionami." przysłowie meksykańskie

Karin Slaughter przygotowała dla czytelnika intrygującą układankę, fabuła opiera się na ciekawym pomyśle, wiele w niej zaskakujących elementów i zwrotów akcji. Podobało mi się zaczerpnięcie tematyki z bezwzględnej manipulacji psychiką człowieka, podatności na sugestię, rozbudowania aspektów ogłupiającej sekty i pragnienia sprawowania kontroli nad ludzkimi umysłami. W dobie popularyzacji social mediów, natychmiastowego dostępu do informacji, obluzowania więzów bliskich relacji, wymuszonej szybkości życia, presji sukcesu, fałszywych autorytetów, oddalenia od wpajania cech indywidualności, człowiek, bez odpowiedniego wsparcia i zrozumienia, jakże często czuje się zagubiony, zdezorientowany i samotny. Niskie poczucie wartości, brak świadomości celu, głód akceptacji, czynią nas podatnymi na wpływy innych, zwłaszcza osób wykazujących się wielką charyzmą, osobistym urokiem, pozornie szczytnymi motywami. Autorce udało się frapująco poprowadzić przez te zagadnienia, ukazać ich skalę, skontrastować pobudki, wciągnąć odbiorcę powieści w sieć pozorów, kłamstw, fałszów i wybiegów. Z jednej strony wydaje się, że sami nie wpadlibyśmy w tak perfidnie zastawione pułapki zwyrodniałych umysłów, a z drugiej nic w końcu nie jest tak oczywiste, wyraźne i bezsporne, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

To moje czwarte spotkanie z twórczością Karin Slaughter ("Moje śliczne", "Ofiara", "Dobra córka") i kolejny raz pozostawiona zostaję z poczuciem satysfakcji czytelniczej. Odpowiadała mi kreatywność w scenariuszu zdarzeń, sensacyjne odwołania, sprytnie wytwarzany klimat napięcia, barwne portrety postaci, z wyczuciem prowadzone tempo akcji, a także przyjazna narracja, zgrabnie łącząca grę na emocjach z wyważonymi opisami i niedopowiedzeniami. Teoretycznie wiemy, dokąd zmierzają wątki, w jaki sposób będą się ze sobą przeplatać, ale i tak jest w tym element świeżości i zaskoczenia. Początkowo trzydziestoletnia Andrea, wydawała mi się przejaskrawiona, podejrzliwie przyglądałam się jej niepewności, kłopotliwym wahaniom, brakowi poczucia własnej wartości, ale z czasem to właśnie taka kreacji głównej bohaterki okazała się plusem thrillera. Jej niekonsekwencja i amatorskość pasowała do klimatu przedstawianej historii. Po cichu liczyłam na bardziej racjonalne i sprawiedliwe zakończenie, jednak w takiej odsłonie też wydaje się logiczne i właściwe. Jak bardzo zderzenie wyobrażeń o najdroższej naszemu sercu osobie z ponurą rzeczywistością kładzie się cieniem na postrzeganiu całego świata? Czy można wybaczyć wciągnięcie w życie oparte na ustawicznych tajemnicach i niedopowiedzeniach? Co dzieje się z człowiekiem, kiedy dowiaduje się, że poznane przez niego tożsamości innych nie są tymi prawdziwymi? Andrea odkrywa sekrety z przeszłości matki, jednocześnie wiele dowiaduje się o sobie samej, w moim odczuciu warto czytelniczo zaangażować się.

bookendorfina.pl

Ocena 
20-11-2018

Jak osoba, którą znasz całe życie, może się okazać kimś innym?

Andrea jest dyspozytorką w policji. Jej praca polega na odbieraniu telefonów i pomocy ludziom w sytuacjach kryzysowych. W dniu swoich trzydziestych pierwszych urodzin marzy tylko o tym, by jak najszybciej zakończyć obiad z matką i pójść spać. Niestety w restauracji, w której się znajdują, dochodzi do napadu. Młody chłopak zaczyna strzelać, a większość gości wpada w panikę, ale nie Laura. Matka Andrei nie tylko podchodzi do napastnika, ale również zabija go z zimną krwią. Okazuje się, że Andrea w ogóle nie zna swojej matki. Kim ona jest? Jakie skrywa sekrety?

Mam mieszane uczucia, co do tego thrillera, z jednej strony zapowiadał się on fajnie, na początku jego akcja była wciągająca, można tu dostrzec nierozwiązane tajemnice, mające korzenie, gdzieś daleko w przeszłości, jest odpowiedni dla tego gatunku klimat, występują retrospekcje, ukazujące zdarzenia mające wpływ na teraźniejszość i dość szybką akcję, ale z czasem powieść ta zaczęła mnie nudzić. Zauważyłam, że za dużo jest w niej wewnętrznych monologów głównej bohaterki, zastanawiania się w kółko, o co chodzi, kim jest jej matka, jak doszło do tej sytuacji. Rozumiem, że spotkało ją niecodzienne zdarzenie, ale wałkowanie w kółko tego tematu jest laniem wody i niepotrzebnym przedłużaniem książki. Gdyby zamiast przeszło pięciuset stron, miała ona trzysta pięćdziesiąt, to zapewne nie dłużyłaby się wcale.

Andrea znalazła się w niecodziennej sytuacji, nic więc dziwnego, że dopadł ją szok, tylko niestety to uczucie wstrząsu łapało ją zbyt często, nieustannie jąkała się, zapadała w odrętwienie, nie wiedziała co zrobić, zastanawiam się jakim cudem mogła ona być dyspozytorką, skoro ludzie często musieli dzielić się z nią niepokojącymi, szokującymi historiami.

Zakończenie nieco podciąga moją ocenę, akcja przyspieszyła tempa, w końcu dostałam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, pisarce udało się mnie nawet nieco zaskoczyć i gdyby nie to przeciąganie w nieskończoność scen i dialogów, byłabym tą powieścią zachwycona. Nie każda gruba książka jest nudna, nie ma to związku z jej objętością, ale w niektórych przypadkach, tak jak właśnie w przypadku „Układanki”, lepiej było nieco się ograniczyć.

Karin Slaughter miałam okazję poznać przy lekturze „Dobrej córki”. Pamiętam, że wtedy również przeszkadzała mi duża objętość książki, niesprzyjająca aura za oknem i jej czytanie szło mi opornie, ale sam zamysł fabuły mi się podobał. Ciekawa jestem innych dzieł autorki, ponieważ najwyraźniej ma ona po prostu taki styl i albo się ją polubi, albo nie.

Ocena 
19-11-2018

Nie tak jak myslisz

Książki Karin Slaughter należą do grona tych, których nie mogę się doczekać i jak tylko pojawiają się w zapowiedziach, to jak najszybciej chcę je mieć. Dzisiaj mam dla Was najnowszą książkę autorki - Układanka - która tylko utwierdziła mnie w świetności tej Pani. Mam nadzieję, że uda mi się zrazić Was chociaż odrobiną entuzjazmu

A co, jeśli osoba, którą wydawało Ci się, że znasz najlepiej, okazuje się kimś, zupełnie obcym i odległym od kreowanego obrazu? Czy Laura naprawdę spędziła całe życie w małym miasteczku, a jej jedynym marzeniem na pewno jest bycie filarem lokalnej społeczności? Andrea - jej córka, musi nagle zmienić swoje spojrzenie na matkę, kiedy ich wycieczka do centrum handlowego kończy się strzelaniną i sytuacją w której Laura bez wahania zabija. Nic już nie jest takie samo, a Andrea za wszelką cenę chce odkryć przeszłość matki, przed którą ta się ukrywała.

Chyba już wspominałam, że Slaughter trafiła na moją listę najulubieńszych autorów. Teraz ośmielę się powiedzieć, że jest to mój ulubiony autor płci żeńskiej i każda jej nowa książka, jest jak miód na moją literacką duszę. No ale do rzeczy.

Książka już od pierwszych stron dostarcza czytelnikowi sporą dawkę akcji i bardzo mi się podoba, że trzyma w napięciu do ostatnich stron. Co prawa zdarzyło się kilka mniejszych "przestojów", na szczęście nie zaburzyły one całości i w rezultacie nie mogłam się oderwać od książki.

Autorka postawiła na bardzo ciekawy dobór postaci. Główna bohaterka, która oprócz tajemnic matki, zmaga się ze swoim własnym życiem, które nie do końca potoczyło się tak jak by sobie tego zażyczyła. No i jej matka, która przez trzydzieści lat uciekała przed swoją przeszłością. I o ile ta druga, jest raczej często spotykana w literaturze, tak Andrea wykreowana na postać, która nie odniosła żadnego sukcesu jest trochę dla mnie nowością, po tych wszystkich pięknie ułożonych rodzinach, w tego typu książkach. Nie wiem czy dobrze wytłumaczyłam, ale zazwyczaj, kiedy jedno z bohaterów skrywa sekret z przeszłości i się ukrywa, to zazwyczaj jego rodzina jest bardzo ułożona. No dobra, już i tak zagmatwałam to. Czytelnik m okazję bardzo dokładnie poznać Anree, a przy okazji jej matkę. Ciesze się, że nie zostały one płytko potraktowane, ale napisane w taki sposób, aby czytelnik mógł sam zdecydować co mu odpiwada w danej postaci, a co nie.

Pomysł na historię może nie należy do oryginalnych, ale to w jaki sposób autorka tworzy całość, jak dla mnie jest genialne. Uwielbiam styl pisania Slaughter, ponieważ od jej książek nie sposób się oderwać. I mimo iż pozycja ta nie należy do najkrótszych, bardzo szybko udało mi się z nią uporać i trochę szkoda mi było ją kończyć.

Świetny klimat, który da się wyczuć już od pierwszych stron, potęgowany jest z każdym kolejnym wydarzeniem w książce, która porwała mnie w swój wir i nie chciała wypuścić aż do zakończenia. Swoją drogą, zakończenie bardzo mi się spodobało i wydaje mi się, że jest idealne do historii, ponieważ każde inne mogłoby już nie być takie interesujące.

Układankę polecam, bo jest to książka, która przypadnie do gustu wielu czytelnikom. Zresztą, zachęcam do całej twórczości Slaughter, bo być może i Wy odkryjecie w niej jedną ze swoich ulubionych autorek. Ja już czekam na kolejne historie, które wyjdą spod pióra autorki.

Ocena 
17-11-2018

Trzymająca w napieciu

Karin Slaugther była dla mnie nieznana, ale kiedy zobaczyłam opis jej nowej książki w zapowiedziach, wiedziałam, że muszę ją poznać. Thrillery albo są świetne, trzymają w napięciu, manipulują czytelnikiem, albo są przewidywalne i od razu do wyrzucenia. Układanka idealnie wpasowuje się w pierwszą grupę i ja, jako czytelnik, jestem ogromnie zadowolona z lektury, od której nie mogłam się oderwać.

Z początku historia Andrei, nie odzywającej się za wiele, przygaszonej i przytłoczonej, nie wzbudziła mojego zainteresowania. Wręcz przeciwnie – byłam zmieszana i niewiele rozumiałam z kreacji bohaterów. Po kilkunastu stronach wstępu, udało mi się wkręcić w tę historię i do końca trwałam już w głębokim zainteresowaniu. Tyle rzeczy wydarzyło się w ciągu dwóch dni. Strzelaniny. Śmierć. Szpital. Wyrzucenie z domu. Ucieczka. A w tym wszystkim Laura, matka naszej bohaterki. Laura, która wydaje się starszą, spokojną kobietą i nikt by nie przepuszczał, co ukrywa.

Andrea rzucona na głęboką wodę, opuszcza dom i ucieka wypełniając zadania, które powierzyła jej matka. Z kompletnym mętlikiem w głowie odkrywa kryjówki, poszlaki z przeszłości i nie ma pojęcia, jak może połączyć te fakty.

Laura świetnie ukryła swoją historię. Już od początku czułam, że coś jest z nią nie tak. W książce zostały poprowadzone dwie perspektywy, a może powinnam powiedzieć "teraźniejszość" i "retrospekcje". Właśnie ta metoda pozwalała mi ułożyć elementy układanki w jedność. To co odkryłam, nie pozwoliło mi wstać z łóżka i odłożyć książki. Spędziłam pół dnia, żeby dokończyć zaplątaną historię Andrei i Laury.

Być może nie jest to książka idealna, ma wady, jak prawie każda, ale bardzo dobrze się przy niej czułam. Nie męczyłam tej powieści, nie chciałam jej odrzucić na bok i zająć się inną, więc dla mnie to bardzo duży plus. Mnie trzymało w napięciu i mam nadzieję, że jeśli się skusicie na Układankę, to również nie będziecie zawiedzenie.

Napisz recenzję

Napisz recenzję