Maggie O’Dell usiłowała przebić wzrokiem gęstą mgłę, miała zawroty głowy. Nim zapadła czarna jak smoła ciemność, błyskało światło – białe i ostre jak laser i niebieskie jak płomień z palnika w kuchence. W lewej skroni czuła rytmiczne pulsowanie. Z ciemności dobiegały ciche zbolałe jęki. Aż się wzdrygała, ale nie mogła się ruszyć. Ciężkie ręce odmówiły posłuszeństwa. Nogi zdrętwiały. Wpadła w panikę.
Dlaczego nie czuje nóg?
Przypomniała sobie piekący ból przeszywający ciało, kiedy została rażona prądem.
Ogarnęła ją jeszcze większa panika. Serce zaczęło walić. Oddech przyspieszył.
Rozległ się huk. Maggie miała wrażenie, że skóra jej głowy płonie.
Wtedy poczuła niepokojący zapach. Nie kordytu, tylko dymu. Coś naprawdę płonęło. Czuła swąd palących się włosów. Spalonego ciała. Dym i popioły. Słyszała szelest marszczącej się pod wpływem temperatury plastikowej folii. Nagle w pogrążonym w półmroku pokoju Maggie ujrzała ojca w wyłożonej satyną trumnie, leżał spokojnie i cicho, podczas gdy płomienie za trumną lizały ścianę.
Ten sen przychodził do niej wiele razy. Mimo to dziwiła się, że znów widzi ojca, tak blisko, że wystarczyło zerknąć za skraj koronki, by zobaczyć jego twarz.
- Źle ci zrobili przedziałek, tatusiu. – Maggie uniosła rękę. Cieszyła się, że wreszcie może nią poruszyć.
Zaczesała włosy zmarłego jak należy. Nie bała się płomieni. Całą uwagę skupiła na swoich palcach. Prawie dotknęła twarzy ojca, kiedy zamrugał powiekami i otworzył oczy.
W tym momencie gwałtownie odskoczyła.
Błyski światła, zabarwione na niebiesko, pochodziły z ekranu telewizora, w którym wyłączyła głos. Powieki Maggie drgnęły, wciąż ciężkie; podjęła rozpaczliwą próbę, by je podnieść. Usiadła prosto i poczuła pod dłonią gładką powierzchnię skórzanej sofy. W głowie nadal się kręciło, serce waliło, rozglądała się, szukając cieni, spodziewała się, że w kątach pokoju ujrzy tych, którzy w jej śnie głośno jęczeli.
Nikogo tam nie było.
Nikogo poza Deborah Kerr, która wypełniała ekran telewizora. Jej twarz wyrażała panikę równą panice Maggie. Aktorka biegła plażą w samym środku burzy. Gdzieś tam znajdował się ranny Robert Mitchum.
Widziała ten film wiele razy, a mimo to za każdym razem odczuwała strach głównej bohaterki. „Bóg jeden wie, panie Allison” należał do ulubionych filmów Maggie. Niedawno broniła go w dyskusji z przyjacielem Benjaminem Plattem podczas jednego z ich filmowych maratonów poświęconych klasyce filmu. Właśnie dlatego znów po niego sięgnęła. Ale tego wieczoru była sama. Tylko ona i Deborah.
Maggie oparła się o miękką skórzaną sofę i pomasowała lewą skroń. Pot przykleił jej włosy do czoła. Serce powoli wracało do normalnego rytmu, ale znajome pulsowanie trwało. Pod palcami wyczuła ściągniętą skórę. Blizna już nie bolała, nawet przy naciskaniu. Pulsujący ból nie ustawał. Ukłucia w lewej skroni zapowiadały koszmarną migrenę, która przez długi czas będzie ściskać głowę w kleszczowym uchwycie i omal nie doprowadzi Maggie do szału.
Nawet sen – który przychodził rzadko i często w krótkich seriach – niewiele pomagał. Nie miała pojęcia, czy bezsenność jest skutkiem nocnych koszmarów, czy też groźba koszmarów nie pozwala jej zasnąć. Wiedziała jedynie, że ilekroć zasypia, choćby na krótko, towarzyszą mu wspomnienia ujęte w filmowe kadry – powtarzające się w kółko specjalnie zmontowane odcinki filmu grozy. Najnowszy zawierał zdjęcia sprzed czterech miesięcy: dwaj chłopcy zaatakowani w ciemnym lesie, porażeni prądem. To ich przerażone i zbolałe jęki słyszała we śnie.
Znów wymacała bliznę pod włosami. To tylko kolejna blizna, powtarzała sobie, szkoda jednak, że nie może o niej zapomnieć. Gdyby nie nawracające bóle, nie myślałaby o niej przynajmniej przez dzień czy dwa.
W październiku minionego roku została postrzelona. Dokładnie mówiąc, kula drasnęła skroń. Może oczekuje zbyt wiele, chcąc tak szybko wrócić do normalnego życia. Pragnęła, by wszyscy wokół niej o tym zapomnieli. Dlatego nikomu nie mówiła o bólach głowy.
Jej szef, zastępca dyrektora Raymond Kunze, już i tak uważał, że „naraziła na szwank swoją reputację”, „zmieniła się” i jest „czasowo niezdolna do pracy”. Uparcie nakłaniał ją do poddania się badaniom psychologicznym. Dotąd zdołała ich uniknąć, czy raczej odsunąć je w czasie. Zyskała tylko tyle, że czuł się odpowiedzialny, bo to on wysłał ją na ten objazd, podczas którego mało nie straciła życia. Oczywiście nie przyznał głośno, że czuje się odpowiedzialny. Zamiast tego odpuścił jej badania, twierdząc, że ma słabość do świąt. Zabawne, bo kiedy Maggie pomyślała o Kunzem i Bożym Narodzeniu, od razu do głowy przychodził jej złośliwy Grinch, który skradł święta. Teraz, już dawno po świętach, spodziewała się, że szef znów zacznie nalegać na badanie.
Deborah znalazła Roberta Mitchuma, a Maggie zdała sobie sprawę, że wciąż czuje woń spalenizny. Czy dym nie stanowił elementu jej snu? Czyżby w domu coś się paliło?
W ciemnym rogu ekranu telewizora dostrzegła jakiś ruch. Nie płomienie, ale cień ruchu, który nie należał do filmu. Jakieś odbicie. Zarys postaci. Mężczyznę przechodzącego w pokoju za jej plecami.
Ktoś był w domu.


***
Psy zniknęły.
Powinna wcześniej to zauważyć. Zawsze leżały u jej stóp.
Niespokojnie rozejrzała się po pogrążonym w półmroku salonie. Wciąż siedziała na sofie. Lepiej, by się nie zorientował, że go dostrzegła. Mógł jej nie zauważyć, w końcu był w kuchni.
Wciąż zerkała na róg ekranu telewizora. Jeśli mężczyzna zechce podejść ją od tyłu, zobaczy go.
Czy aby na pewno?
Film toczył się swoim rytmem, odbicie w rogu ekranu się zmieniało.
Usiłowała sobie przypomnieć, gdzie ma broń. Wierny służbowy smith and wesson znajdował się na górze w sypialni. W holu, w dolnej szufladzie komody leżał sig sauer. W domu nigdy nie czuła potrzeby korzystania z broni. Gdy tylko wprowadziła się do tego piętrowego budynku w stylu Tudorów, zainstalowała najnowocześniejszy system alarmowy. Zadbała o to, by od zewnątrz chroniły ją naturalne i sztuczne bariery. Nie wspominając o dwóch nadopiekuńczych psach, które nie wpuściłyby do środka obcego. Po raz pierwszy Maggie zrobiło się niedobrze ze strachu.
Gdzie Harvey i Jake?
Nie mogła nawet myśleć o tym, że któryś z nich został ranny albo nie żyje.
Z kuchni dobiegł cichy dźwięk i nagle zrobiło się tam jaśniej. Intruz otworzył lodówkę.
Maggie skuliła się na sofie.
Czekała. Nasłuchiwała.
Potem spuściła nogi na podłogę, żałując, że nie ma wykładziny ani dywanu, które wytłumiłyby kroki. Ale właśnie dlatego ich nie miała. Nie dlatego, że lubiła piękne drewniane podłogi, ale z tego powodu, że dywany i wykładziny zagłuszają kroki. Dzięki Bogu była w skarpetkach.
Nie spuszczała wzroku z rogu ekranu telewizora, patrząc teraz pod innym kątem, widziała co innego. Dostrzegła przygarbioną postać. Mężczyzna zaglądał do lodówki. Chwyciła ze stolika szklany przycisk do papieru. Cicho ruszyła do drzwi, trzymając się ściany, żeby nie rzucać cienia.
Coś ty zrobił z moimi psami, draniu?
Wściekła podeszła bliżej.
Poczuła jego zapach. Śmierdział dymem i spalonym drewnem. Wcale jej się nie zdawało.
Sięgnął ręką w głąb lodówki, nieświadomy jej obecności, bezbronny. Ścisnęła mocno przycisk do papieru i uniosła rękę, gotowa uderzyć w głowę intruza. Wzięła głęboki oddech i rzuciła się naprzód. Mężczyzna, przestraszony, odwrócił się gwałtownie. Ręka Maggie znieruchomiała w połowie drogi.
- Cholera jasna, Patrick. Mało nie umarłam ze strachu.
- To jest nas dwoje.
- Mogłam rozwalić ci głowę.
Brat Maggie przykucnął, ledwie trzymał się na nogach. Przysiadł na piętach. W świetle lodówki dojrzała na jego czole plamę sadzy. Zaciskał palce na uchwycie drzwi.
- Nie chciałem cię budzić – oznajmił, z trudem się podnosząc. Był strażakiem, młodym mężczyzną, w świetnej formie, a jednak siostra zdołała wprawić go w śmiertelne przerażenie.
- Spodziewałam się ciebie dopiero pod koniec tygodnia.
- Skończyliśmy wcześniej. Powinienem był zadzwonić. – Dodał z uśmiechem: – Przepraszam. Nie przywykłem do tego, że muszę do kogoś dzwonić.
Maggie z kolei nie przywykła do obecności innych w swoim domu.
Wciąż się poznawali. Zaprosiła przyrodniego brata, by z nią zamieszkał, kiedy w grudniu skończył studia na Uniwersytecie stanu New Haven. Z dyplomem z pożarnictwa w kieszeni nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie zacznie pracować, i zatrudnił się jako strażak w prywatnej firmie. Pracodawca podpisał kontrakty w trzynastu stanach, zatem większość czasu chłopak spędzał poza domem, a dom siostry stał się dla niego bazą między wyjazdami.
Dopiero w ostatnich latach dowiedzieli się o swoim istnieniu. Matka Maggie przez ponad dwadzieścia lat ukrywała przed nią zdradę ojca. Matka Patricka powiedziała mu jedynie, że jego ojciec zginął bohaterską śmiercią. Ani słowem nie wspomniała, że ma przyrodnią siostrę. Po tragicznej śmierci mężczyzny, którego obie kochały, kiedy zostały same z dziećmi, kobiety umówiły się na to milczenie.
Teraz dwoje pozbawionych ojca, już dorosłych dzieci uczyło się, jak być rodzeństwem.
- Mogę zjeść kawałek pizzy? – Wskazał na pudełko, po które sięgał na górną półkę lodówki.
- Jasne.
Maggie wiedziała, że nie będzie łatwo. Bardzo sobie ceniła prywatność. Prawdę mówiąc, lubiła mieszkać sama i lubiła – nie, to było coś więcej – pragnęła samotności. Niemal zaraz po tym, jak Patrick się pojawił, zaczęła się między nimi walka. Nie miała nic wspólnego z typową dla rodzeństwa rywalizacją czy nawet walką o terytorium, o pieniądze czy brudne skarpety w nieodpowiednich miejscach. Gdyby tylko było to takie proste!
Nie, Maggie nie akceptowała nowego szefa Patricka. Co gorsze, kwestionowała etykę mającej siedzibę w Wirginii korporacji i nie rozumiała, dlaczego brat nie podziela jej opinii.
Agencja Ochrony Braxtona sprzedawała ekskluzywne, kosztowne polisy ubezpieczeniowe – cadillaki w dziedzinie polis – oferując ochronę elicie właścicieli domów, których było na to stać. Ta specjalna ochrona oznaczała między innymi, że firma zatrudniała prywatną straż pożarną na wypadek, gdyby zaszła taka potrzeba. Innymi słowy, Patrick zdecydował się być kimś w rodzaju najemnika. Tak jak rewolwerowiec do wynajęcia. Tyle że zamiast rewolwerem operował strażackim wężem.
Maggie nie pojmowała własnego zachowania – właściwie dlaczego się czepiała? Patrick chciał szybko zdobyć doświadczenie. Co w tym złego? Po co czekać na pożar w jednostce państwowej straży, kiedy można od razu zabrać się do dzieła i uczestniczyć w szerzących się w zastraszającym tempie katastrofach? Jeżeli ludzi na to stać, czemu nie mieliby kupić sobie takiej specjalnej ochrony? I tak ciągnęły się sprzeczki, a raczej dyskusje między rodzeństwem.
- A jak to jest – pytała – kiedy musisz minąć płonący budynek, żeby na wszelki wypadek polać wężem jakiś dom parę kilometrów dalej?
Patrick zwykle wzruszał ramionami i patrzył na nią z chłopięcym uśmiechem, którym przypominał ojca. Teraz patrzył jak wyczerpany i głodny dwudziestopięciolatek.
Zapewne właśnie wrócił z akcji. Na czole i brodzie widniały plamy sadzy. Włosy miał wciąż wilgotne od potu. Opadający zwykle na czoło kosmyk, taki jak u ojca, nawet po tej samej stronie, sterczał do góry. Maggie z trudem się powstrzymywała, by go nie wygładzić, tak jak robiła za każdym razem, gdy śnił jej się ojciec w kasku. To stąd ten powrót nocnych koszmarów. Czuła zapach dymu. Patrick śmierdział dymem.
- Przyjechałeś prosto po akcji? – spytała, starając się przypomnieć sobie, gdzie spędził miniony tydzień.
- Taa.
Położył otwarte pudełko z resztką pizzy na blacie kuchennej wyspy i otworzył puszkę dietetycznej pepsi. Usiadł na wysokim stołku, po czym nagle z niego zeskoczył, jakby stołek płonął.
- Przepraszam, pewnie śmierdzę. – Z kawałkiem pizzy w jednej ręce i pepsi w drugiej spojrzał, czy ubrudził stołek.
- Nie przejmuj się. Siadaj.
Wzięła kawałek pizzy i także usiadła.
Patrick się zawahał. Maggie złościło, że nadal zachowywał się przy niej z taką niepewnością i uprzejmością. Prawie jakby spodziewał się, że zmieni zdanie. Że wymieni zamki. Winiła za to siebie. Dzieliło ich dwadzieścia lat, to ona miała być tą dojrzałą i dorosłą. Co za żart. Jeśli chodzi o stosunki rodzinne, czuła się kompletnie zagubiona. Celowo trzymała ludzi na dystans. Długo była sama, a od rozwodu z nikim nie mieszkała.
Poza Harveyem i Jake’iem.
Zerwała się ze stołka.
- Gdzie psy?
Wróciła panika ze snu, odbijając się w jej głosie.
- Wypuściłem je na podwórko od tyłu. – Patrick wstał.
Maggie trzema krokami doskoczyła do drzwi, wyłączyła alarm i włączyła światło na patio.
- Jake się przekopywał. – Starała się uspokoić. – Jeden z sąsiadów groził, że go zastrzeli, jeśli znajdzie go znów na swoim podwórzu.
- Żartujesz? Facet zwariował? – spytał Patrick.
Stał jednak obok niej, kiedy otworzyła drzwi.
Oba psy wypadły z ciemnych krzaków, biały i czarny, jeden obok drugiego, z wiszącymi językami i nosami uwalanymi ziemią.
- Chyba Harvey mu pomagał – zaśmiał się Patrick.
Maggie się uśmiechnęła, choć wciąż czuła ucisk w piersi. Cztery miesiące temu Jake uratował jej życie. Chciała, żeby czuł się tu bezpiecznie, by wiedział, że w końcu znalazł dom. On jednak wciąż próbował uciekać, jakby naruszyła jego suwerenność. Może to błąd, że zabrała go z otwartych przestrzeni Sandhills w Nebrasce. Chciała go uratować, tak jak uratowała Harveya, ale może Jake tego nie potrzebował.
Psy wychłeptały wodę z jednej miski, na dnie zostało błoto. Rodzeństwo wróciło do jedzenia pizzy, kiedy zadzwoniła komórka.
Maggie sprawdziła, która godzina. Była pierwsza siedemnaście w nocy. To na pewno nic dobrego. Z jakiegoś powodu pomyślała o matce, ale wiedziała, że to tylko katolickie poczucie winy, bo nie powiedziała, że Patrick u niej mieszka. Oczywiście, to żadna sprawa. Matka rzadko ją odwiedzała. W końcu Maggie sięgnęła po telefon i zobaczyła numer na ekranie.
- Witam, detektyw Racine – powiedziała na powitanie.
- Cześć, wybacz, że cię budzę.
- Nie ma za co. Już wstałam.
Była zaskoczona, ponieważ Julia Racine nie miała w zwyczaju przepraszać, niezależnie od pory dnia i nocy. Musiało się stać coś nadzwyczajnego, by złagodzić obyczaje detektyw z wydziału zabójstw. Maggie miała okazję obserwować to zaledwie parę razy.
- Dzwoniłam już do Tully’ego. Nasz robaczek świętojański wziął się znów do roboty – rzekła Racine prawie jednym tchem. – Tym razem zostawił nam ciało.

Waszyngton DC

R.J. Tully pokazał odznakę mundurowemu policjantowi, który stał przy otaczającej miejsce zbrodni żółtej taśmie. Mężczyzna kiwnął głową, a Tully pochylił się i przeszedł pod taśmą. Żałował, że nie włożył czegoś cieplejszego niż prochowiec.
Skąd, u diabła, ta plama na klapie?
Nieważne. Miał ograniczony wybór. Spędzał noc u Gwen Patterson, co wciąż było dla niego czymś nowym. Córka Tully’ego, Emma, wyjechała na drugi semestr do college’u, więc nie miał wymówki, żeby biec do siebie. A jednak posiadanie dwóch kompletów ubrań w dwóch domach bardzo by mu nie odpowiadało. Przez trzynaście lat był żonaty, od ponad pięciu lat mieszkał sam. Może za bardzo przywykł do odzyskanego stanu kawalerskiego, żeby być w stałym związku.
Gwen szlachetnie oddała mu szufladę i część szafy, prawie trzydzieści centymetrów obok jej delikatnych i kolorowych strojów. Jego część szafy wyglądała żałośnie. Wisiały tam tylko koszula i spodnie na zmianę. Niczego więcej nie zostawił. Uważał, że to nie w porządku. Jakby bawił się w dom w cudzym domu. Bardzo mu się to nie podobało, niezależnie od tego, jak mocno kochał swoją wybrankę.
Kiedy dzwonek telefonu obudził ich oboje, Tully powinien był ociągać się z wyjściem. Powinien okazać żal, rozczarowanie, czy coś w tym rodzaju… cokolwiek, byle nie ulgę.
Dzięki Bogu zaspana Gwen nawet tego nie zauważyła.
Odsunął się na bok, przepuszczając dwóch strażaków, którzy minęli go biegiem w kłębiącym się dymie. Zgadywał, że przed wschodem słońca będzie to już alarm drugiego stopnia. W ciągu niespełna tygodnia nauczył się więcej na temat pożarów, niż chciał wiedzieć.
Na miejsce dotarł błyskawicznie, ponieważ o tej porze jazda samochodem z mieszkania Gwen w Georgetown zabrała mu niespełna dziesięć minut. Gdyby jechał ze swojego domu w Reston, w stanie Wirginia, trwałoby to od pół godziny do czterdziestu minut.
Wykorzystał to, że przyjechał pierwszy, i znalazł osłonięty od wiatru zakątek. Płomienie za plecami ogrzewały zimne nocne powietrze. To akurat mu odpowiadało, Tully zapomniał, że ma na sobie cienki trencz. W ciągu dnia było wyjątkowo ciepło jak na luty, za to wieczory wciąż przypominały, że zima jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Płomienie śmierci
Autor Alex Kava
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 18-06-2013
Oprawa Miękka
ISBN 9788323890591

Napisz recenzję