Okolica Manhattanu w stanie Kansas, obok autostrady I-70

Wciąż żyje.
Na tym musi się skupić. Na tej myśli i na biegu.
Noah czuł zapach własnego potu, kwaśny i gryzący… I woń moczu. Nadal nie wierzył, że się zsikał.
Przestań myśleć. Biegnij! Biegnij!
I jeszcze smród wymiocin. Zwymiotował i zaplamił przód koszuli. W ustach czuł smak wymiocin. Żołądek nadal podchodził mu do gardła, ale nie mógł sobie pozwolić na to, by zwolnić. Jak mógłby zwolnić, gdy w głowie wciąż odbijały się echem wrzaski Ethana?
Przestań krzyczeć. Proszę, przestań!
– Nikomu nie powiem, przysięgam, że nie powiem.
Nawet teraz, w biegu, wargi Noaha się poruszały. Nieświadomie powtarzał te słowa w rytmie swoich kroków.
– Nikomu nie powiem, przysięgam.
Żałosne. Strasznie żałosne.
Jak mógł zostawić przyjaciela i uciec? Jest obrzydliwym tchórzem. Pomimo tej świadomości nie zwolnił. Nie obejrzał się przez ramię. W tym momencie był zbyt przerażony, by przejmować się tym, że jest żałosnym dupkiem.
Nagle w czoło smagnęła go gałąź.
Noah potknął się, ale utrzymał równowagę. Przez chwilę widział jak przez mgłę, w głowie czuł pulsujący ból.
Tylko nie upadnij, do jasnej cholery! Biegnij naprzód. Biegnij, biegnij!
Choć w głowie mu się kręciło i bał się, że się przewróci, nogi posłusznie wykonywały polecenie. Było bardzo ciemno, zbyt ciemno, by widzieć cokolwiek poza szarością i czernią. Gdzieniegdzie padały smugi księżycowego światła, od których tylko bardziej kręciło się w głowie. Teraz biegł z wyciągniętymi rękami, by mieć pewność, że nie wpadnie na kolejną nisko zwisającą gałąź.
Cały czas smagały go drobne gałązki. Noah czuł spływające po twarzy i rękach strużki i wiedział, że to krew. Krew zmieszana z potem, od którego piekły go oczy. Językiem wyczuwał ją na wargach. Znowu zrobiło mu się niedobrze, bo wiedział, że część tej krwi nie jest jego.
O Boże. O Boże! Ethan, tak mi przykro. Tak mi przykro.
Nie zatrzymuj się. Nie oglądaj się za siebie. Nie możesz pomóc Ethanowi. Już za późno. Biegnij.
Mimo to odtwarzał sobie w myślach, w krótkich urywanych fragmentach to, co się wydarzyło. Nie powinni byli opuszczać szyby w oknie. Wypili za dużo piwa. Byli zbyt pewni siebie.
Cholernie głupi.
W pierwszy weekend przerwy wiosennej przed wyjazdem do domu ostro imprezowali. Właśnie ruszyli, kiedy Ethanowi zachciało się sikać. Teraz już nie żył. Gdyby żył, wkrótce by tego żałował.
Noaha paliło w piersiach. Nogi go bolały. Nie miał pojęcia, dokąd biegnie. Ale poza tym, żeby biec jak najdalej i jak najszybciej, nic się nie liczyło. Las był gęsty, niezliczone drzewa i krzewy po kolana. Baldachim z wierzchołków drzew nad głową zasłaniał niebo, tylko od czasu do czasu przedzierał się przezeń promień księżyca, odkrywając przed Noahem w przebłysku fragment skalistego podłoża, kamienie, które groziły potknięciem.
I wtedy właśnie się potknął.
Nie wolno mi upaść. Nie wolno mi upaść. Proszę, nie pozwól mi upaść!
Wyciągnął na boki ręce i machał nimi jak pozbawiony kontroli wiatrak, a mimo to upadł boleśnie na twardą ziemię. Kolanami uderzył o kamień. Zadrapał skórę na łokciach. Nogi przeszył ból, lecz w głowie wciąż słyszał głos, który kazał mu wstać. Krzyczał na niego. Tyle że tym razem ciało go nie posłuchało. Raptem usłyszał cichy, delikatny trzask i szelest.
Nie, to niemożliwe. Tylko sobie to wyobraził.
Potem usłyszał kroki. Ktoś szedł tuż za nim. Chrzęściły deptane liście. Trzaskały łamane drobne gałązki.
Nie, to niemożliwe.
Przecież powiedział Noahowi, że jeśli Noah nic nie powie, puści go wolno. Noah obiecał milczeć. Szaleniec przyrzekł mu to samo.
Znów kroki, teraz już blisko. Zbyt blisko, by były wytworem jego wyobraźni.
Dlaczego on nie pozwala mi odejść? Przecież dał słowo.
Czemu, na Boga, uwierzył szaleńcowi?!
Bo ten człowiek, kiedy zapukał do okna ich samochodu, wyglądał tak normalnie.
Jakimś cudem Noah się podniósł. Zachwiał się, lecz zignorował ból. Kazał nogom się ruszać. Z początku kulał, potem zaczął biec. Biegł szybciej. Biegł i sapał. W płucach miał ogień.
Szybciej.
Po twarzy spływały łzy. Jego uszu dobiegł wysoki przeszywający jęk, który odbijał się echem pośród drzew. Ranne zwierzę czy zwierz gotowy do ataku? Nieważne. Nic nie zrani go tak mocno jak to zwierzę, które go ściga.
Nie powinni byli opuszczać szyby w oknie. Jasny szlag, Ethan!
– Który pierwszy? – spytał szaleniec z uśmiechem, który wyglądał jednocześnie jak łagodny uśmiech przyjaciela i jak uśmiech wariata. Miał oczy wilka, a był taki spokojny.
O Boże, zaraz potem pociął Ethana! Tyle krwi!
– Obiecuję, że nie powiem.
– Biegnij. No biegnij. Biegnij – mężczyzna mówił to normalnym, prawie kojącym tonem.
– No biegnij – powtórzył, kiedy Noah gapił się na niego jak łania sparaliżowana reflektorami samochodu.
Teraz zdał sobie sprawę, że przeszywający jęk dochodzi z jego własnego gardła. Bardziej go czuł, niż słyszał. Dobywał się gdzieś z głębi i wibrował wzdłuż żeber, zanim wyrwał się z ust.
Musi zamilknąć, bo tamten go usłyszy i będzie dokładnie wiedział, gdzie on jest.
Biegnij. Szybciej!
Błoto wciągało bose stopy. Koszulę, dżinsy, buty i skarpetki – wszystko to oddał za wolność, tanio się wykupił. Wiedział, że na poobijanych podeszwach ma od ostrych kamieni otwarte krwawiące rany. Zamrugał, starał się powstrzymać palące łzy.
Nie myśl o bólu. To nic w porównaniu do tego, co spotkało Ethana.
Musi skupić się na biegu, nie na bólu. Nie na poranionej, posiniaczonej skórze.
Jak daleko ciągną się te lasy?
Musi tu gdzieś być jakaś polana. Biegł od parkingu przy autostradzie, ale musi tu gdzieś być coś innego niż drzewa. Może farma? Inna droga?
Już nie słyszał za sobą kroków ani trzasku łamanych gałązek, ani chrzęstu deptanych liści. Oddychał ciężko, serce mu waliło. Odrobinę zwolnił i wstrzymał oddech.
Nic.
Tylko lekki wiatr. Nawet ptaki ucichły. Czy szaleniec zawrócił? Zrezygnował? Postanowił dotrzymać obietnicy?
Może na dzisiejszy wieczór jeden mu wystarczył?
Noah zaryzykował i obejrzał się przez ramię. Wtedy właśnie trafił stopą na zwalone drzewo i padł jak długi, łokciami lądując w błocie i kamieniach. Z bólu zaszczękał zębami. Białe gwiazdy na niebie zamrugały, oświetlając pokaleczoną skórę dłoni.
Próbował się podnieść, ale upadł na kolana. Stopa, którą się potknął, paliła z bólu. Spojrzał na nią i skrzywił się. Skręcił nogę w kostce, lewa stopa układała się pod nienaturalnym kątem. Ale to nie z powodu bólu spanikował, tylko dlatego, że nie był w stanie się ruszyć.
Zamarł w bezruchu i znów wstrzymał oddech, tak jak potrafił. Nasłuchiwał. Czekał.
Tak cicho.
Żadnego szumu silników. Żadnych ptaków. Żadnego szelestu liści. Nawet wiatr zamilkł ze strachu.
Był sam.
Ogarnęła go wielka ulga. Ostatecznie więc szaleniec za nim nie pobiegł. Ostatnia fala adrenaliny odpłynęła. Osunął się z powrotem na ziemię. Siedział z wyciągniętymi przed siebie nogami, za słaby, by choćby dotknąć puchnącej kostki. W świetle księżyca nie rozpoznawał własnej stopy. Pęczniała jak balon, rany szerzej się otwierały. Wciąż rwał mu się oddech, ale serce zwolniło i złapało rytm.
Przetarł twarz ręką, po czym uprzytomnił sobie, że tylko maże krew krwią. Opuścił rękę i spojrzał na nią z bliska, przekonał się, że na grzbiecie dłoni ma oderwaną skórę.
Nie myśl o tym. To niska cena za wolność. Nawet na to nie patrz.
Rozejrzał się dokoła. Może znajdzie jakąś gałąź, długą gałąź. Podparłby się nią jak kulą, która przejęłaby na siebie ciężar dźwigany normalnie przez uszkodzoną stopę. Dałby radę. Wystarczy, że się skupi. Zapomni o bólu i skupi.
Lepszy ból niż śmierć, prawda?
Trzasnęła gałązka.
Noah nerwowo obrócił się w stronę, skąd dobiegł ten dźwięk.
Bez ostrzeżenia mężczyzna wyszedł zza drzewa i stanął w świetle księżyca. Spokojny, jakby tam stał calusieńką noc. Ani trochę nie zadyszany. Nikt by nie zgadł, że pokonał tę samą drogę przez gęsty i ciemny las, którą biegł Noah.
Szaleniec nawet nie fatygował się, by unieść rękę z nożem. Trzymał ją opuszczoną przy boku, na nożu wciąż widniała krew Ethana.
Uśmiechnął się i powiedział:
– Twoja kolej, Noahu.


Wtorek 19 marca

Za Sioux City w stanie Iowa, tuż za autostradą I-29

Do tej pory z błota w dole wydobyto jedną czaszkę. Agentka FBI Margaret O’Dell miała przeczucie, że jest ich tam więcej. Umyta do czysta przez poranną ulewę czaszka lśniła bielą, leżąc na czarnej piaszczysto-ilastej ziemi. Obok widniały trzy długie kości i rozmaitość mniejszych, także wykopanych z tego samego dołu. Maggie miała podstawy medycznego wykształcenia, więc bez trudu zidentyfikowała długie kości jako udowe. Zaznaczyła jednak, zwracając się do szeryfa Unissa:
– Nie jestem antropologiem.
Szeryf zamrugał powiekami, jakby chlusnęła mu w twarz wodą. Cofnął się o krok, jak gdyby chciał się odsunąć od Maggie albo od tego, co właśnie mu oznajmiła.
– Jeżeli pani się nie myli – rzekł i urwał, a jego jabłko Adama na przemian unosiło się i opadało. Zdawało się, że ma problem z przyjęciem tych informacji. W końcu podjął: – To by znaczyło, że mamy tu dwa ciała, a nie jedno.
– To tylko domysł.
– Słyszałem, jak pani partner mówił, że jest pani wykwalifikowanym ratownikiem medycznym czy coś takiego.
– To nie znaczy, że jestem ekspertem od kości, szeryfie. Wszystkiego się dowiemy, gdy dotrą tu prawdziwi fachowcy.
Powstrzymała się przed powiedzeniem szeryfowi hrabstwa, że na tej starej farmie może znajdować się nawet więcej ciał.
Szeryf Uniss był już dostatecznie podenerwowany, Maggie zauważyła nerwowy tik w kąciku jego lewego oka. Zresztą zdawało się, że cały drży i się wzdryga – przestępował z nogi na nogę, krzyżował i opuszczał ramiona, aż w końcu wsunął kciuki za pasek, bezskutecznie usiłując zapanować nad swoim ciałem.
Jego nerwowa energia przypominała stracha na wróble z „Czarodzieja z Oz”. Spod czapki wystawały mu siwe sterczące włosy. Jego ubranie poddawało się jednak dyscyplinie. Miał na sobie niebieskie dżinsy, które wyglądały na świeżo uprasowane, i flanelową koszulę w czerwono-szarą kratę. Z kieszeni na piersi wystawał mały notes i dwa długopisy. Pomimo błocka szaro-czarne kowbojskie buty szeryfa lśniły jak świeżo wypucowane.
Wcześniej szeryf powiedział agentce i jej partnerowi R.J. Tully’emu, że dotąd widział tylko „parę zmiażdżonych w wypadku samochodowym ciał”. Oznajmił to w taki sposób, jakby dawało mu to kwalifikacje do poprowadzenia sprawy prawdopodobnego morderstwa. Co tylko wzmocniło przekonanie Maggie, że tego człowieka – nawet jeśli jest doskonale zorganizowany i ma jak najlepsze intencje – śledztwo dotyczące morderstwa zwyczajnie przerasta. Zwłaszcza jeżeli znajdą więcej ciał. Było zbyt wcześnie, by wiedzieć to na pewno, ale instynkt podpowiadał jej, że to może być to miejsce, którego od miesiąca szukała razem z Tullym.
Zerknęła na dwóch młodych zastępców szeryfa wspartych na zabłoconych łopatach na skraju dołu. W przeciwieństwie do szefa nosili brązowe uniformy z podwiniętymi rękawami koszuli. Kapelusze zostawili w samochodach. Bacznie przyglądali się ziemi, jakby spodziewali się, że wyskoczą z niej kolejne kości.
Jakieś piętnaście metrów za zastępcami szeryfa obok koparko-ładowarki firmy Bobcat czekali robotnicy budowlani, którzy trafili na to znalezisko. Mężczyźni mieszkali obok w jednym z zabudowań gospodarczych. Minionego dnia późnym popołudniem przypadkiem dokopali się czegoś, co uznali za stary cmentarz. Zburzyli już kilka budynków na farmie i właśnie zaczęli przygotowywać ziemię pod fundamenty nowego centrum informacyjnego rezerwatu przyrody.
Kości zatrzymały pracę. Towarzysząca im woń kazała im się cofnąć. Maggie zrozumiała, że to brygadzista zadzwonił do szeryfa, a ten – z nadzieją, że znajdzie proste wyjaśnienie – zatelefonował do dawnej właścicielki posesji i dowiedział się, że ta od dziesięciu już niemal lat nie żyje. Wykonawca jej testamentu po prawie dekadzie, gdy farma stała pusta, właśnie sprzedał ją rządowi federalnemu. Według szeryfa już do nich zmierzał, choć kiedy szeryf do niego zadzwonił, był prawie 500 kilometrów stąd i nie miał pojęcia, skąd wzięły się tam kości. Prawdę mówiąc, to wykonawca testamentu zasugerował, żeby zawiadomić władze federalne. W końcu to oni byli teraz właścicielami tego bałaganu.
A Maggie i agent Tully? Znaleźli się tam zupełnie przypadkowo.
Wcześniej tego ranka przylecieli do Omaha w związku z zupełnie innym śledztwem. Lot ze stolicy był koszmarny. Na samą myśl o błyskawicach i ulewie, na które natknęli się po drodze, żołądek wciąż podchodził Maggie do gardła. Nie znosiła latać, zwłaszcza gdy podróż przypominała jazdę górską kolejką, zaciskała palce tak mocno, aż knykcie jej pobielały, i miała nudności. Kiedy później zatrzymali się na stacji benzynowej, żeby zatankować, i w małym sklepiku zobaczyli domowej roboty pączki, Maggie kupiła tylko dietetyczną pepsi. Tully uniósł brwi, bo rzadko rezygnowała z pączków. Na szczęście po drugim ciastku przestał się nią przejmować.
Wiele tygodni spędzili razem w ciasnym biurze w Quantico albo w drodze. Jakoś udawało im się nawzajem tolerować swoje nawyki i dziwactwa. Maggie wiedziała, że Tully jest tak samo jak ona zmęczony przydrożnymi motelami i wynajętymi samochodami, przesiąkniętymi wonią cudzych perfum albo wody po goleniu i śmieciowego jedzenia.
Ich poszukiwania rozpoczęły się jakiś miesiąc temu po odkryciu obok podpalonego magazynu w Waszyngtonie porzuconego w alejce ciała kobiety. Ofiara, Gloria Dobson – żona, matka trojga dzieci, która pokonała raka piersi – nie była w żaden sposób powiązana z pożarem magazynu. Prawdę mówiąc, kilka dni wcześniej Dobson podróżowała z Columbii w stanie Missouri na konferencję handlowców w Baltimore, na którą nie dotarła.
Patrol stanowy z Wirginii znalazł jej samochód na parkingu przy drodze międzystanowej. W lesie za parkingiem Maggie i Tully odkryli towarzysza podróży Dobson, jej młodszego kolegę z pracy Zacha Lestera. W ciągu dziesięciu lat pracy jako agentka FBI Maggie widziała wiele bestialskich zbrodni, a jednak brutalność tego mordu i na niej, i na Tullym zrobiła wrażenie. Ciało Lestera porzucono pod drzewem. Odcięto mu głowę, tors przecięto, a wnętrzności rozwieszono na niższych gałęziach.
Nie chodziło tylko o charakter tych morderstw, ale także o to, że morderca bez najmniejszego trudu zabił Dobson i Lestera – silnych, zdrowych i inteligentnych ludzi w podróży służbowej. To właśnie przekonało agentów, że to nie była jego pierwsza zbrodnia. Ich szef, zastępca dyrektora Raymond Kunze, zgodził się z nimi i wyznaczył do zespołu do spraw seryjnych morderców drogowych.
Akcję podjęto kilka lat wcześniej, tworząc krajową bazę danych, gdzie zbierano, sprawdzano i udostępniano szczegóły dotyczące ofiar zbrodni popełnionych w pobliżu amerykańskich autostrad i dróg międzystanowych. Spore wyzwanie. W systemie znajdowały się już dane ponad pięciuset zamordowanych. Baza pozwalała funkcjonariuszom sił porządku publicznego sprawdzić, czy ciała odnalezione na terenie ich jurysdykcji mogą być w jakiś sposób powiązane z morderstwami popełnionymi w innych stanach.
Maggie zgadzała się z tym, że wiele z tych zbrodni to dzieło seryjnych morderców, którzy jeżdżą drogami międzystanowymi. Tully żartobliwie nazywał je rajem seryjnych zabójców. Parkingi dla samochodów osobowych i ciężarowych, które podróżnym zapewniały miejsce odpoczynku, stanowiły też idealny cel dla doświadczonych morderców. Choć większość z nich była dobrze oświetlona, zwykle otaczały je lasy czy inne pozbawione domostw tereny, więc łatwo i szybko dało się stamtąd uciec. W ciągu paru godzin sprawca mógł niezauważony znaleźć się na terenie podlegającym jurysdykcji innych władz.
Dzięki tej akcji w 2007 roku schwytano już jednego seryjnego mordercę. Bruce Mendenhall, kierowca ciężarówki zajmujący się przewozami na długich dystansach, został oskarżony o zabójstwo kobiety, którą zabrał z parkingu ciężarówek. Podejrzewano go o zabicie pięciu innych kobiet z czterech różnych stanów.
Brutalne zabójstwo Glorii Dobson i Zacha Lestera kazało im sądzić, że natknęli się na kolejnego seryjnego mordercę. Ale to był tylko jeden z powodów, dla których agenci wylądowali na Środkowym Zachodzie. Morderca zostawił mapę. Kiedy zakończyli śledztwo dotyczące podpaleń magazynów w Waszyngtonie, na spalonych szczątkach swojego kuchennego blatu Maggie odkryła mapę. Ktoś podłożył ogień pod jej piękny dom w stylu Tudorów, jej azyl. Patrick, brat Maggie, i jej psy o mały włos nie stracili życia w tym pożarze.
Ten morderca drogowy nie miał jednak nic wspólnego z podpaleniami. On tylko wykorzystał je dla swoich celów. Pożary magazynów dały mu okazję do podrzucenia w ich pobliże ciała Glorii Dobson. Ogień, który omal nie strawił domu Maggie, umożliwił z kolei naruszenie jej prywatności. Kiedy wszyscy opuścili już spalony budynek, morderca wszedł do środka i na granitowym blacie zostawił mapę, przyciskając ją kamieniem z wąwozu za podwórzem. Ta mapa była zaproszeniem do polowania, pewnej szczególnej gry.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Ostateczny cel
Autor Alex Kava
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 16-04-2014
Ilość stron 366
Oprawa Miękka
ISBN 9788327604736

Napisz recenzję