1. Hrabstwo Haywood, Karolina Północna
Daniel Tate nie przepadał za zastrzykami. Kiedy igła strzykawki zatopiła się w żyle na ramieniu, odruchowo zacisnął zęby i uciekł wzrokiem w bok. Nie był mięczakiem – odsłużył przecież dwie misje w Iraku i jedną w Afganistanie. W tym czasie nierzadko znajdował się na celowniku wroga, kilka razy uniknął śmierci od eksplodujących min, a raz od nieprzyjacielskiego granatu. Jeśli jednak chodziło o igły, był zupełnie bezbronny. Nie cierpiał zastrzyków.
– Dzięki temu łatwiej będzie się panu odprężyć – zapewniła doktor Shaw.
Kiedy zjawiła się w gabinecie, Tate odetchnął z ulgą, widząc kobietę. Lekarka nie wdawała się w zbytnie poufałości. Po lakonicznym powitaniu wprowadziła do sali wózek z tacą ze stali nierdzewnej. Znajdowały się na niej fiolki, narzędzia chirurgiczne i nieszczęsne strzykawki. Ciemne włosy miała zaczesane i upięte z tyłu głowy, z przodu zostawiła tylko grzywkę, która opadała jej na czoło. Nosiła okulary w grubych oprawkach. Była młodsza, niż się spodziewał, nie zdążyła się nabawić zmarszczek w kącikach ust i oczu, skóra zachowała jeszcze nieskazitelną gładkość. Niewątpliwie doktor Shaw mogła się podobać, jednak strzykawka w dłoni sprawiała, że Tate wolał w tej chwili skupić uwagę na wnętrzu, w którym się znajdowali.
Sala była dziwna. Jedyny mebel stanowił stół operacyjny. Tynk na ścianach miał porowatą fakturę przywodzącą na myśl materace, które mocuje się na ścianach za tablicami w sali do koszykówki, by nazbyt energiczni zawodnicy mogli się od nich bezpiecznie odbić po ataku na kosz. Tyle że tutaj owe materace wcale nie były przymocowane do ścian, lecz były ścianami – nieskazitelnie białymi i pozbawionymi widocznych łączeń. Pomieszczenie przywodziło na myśl pokój bez klamek w szpitalu psychiatrycznym.
Tate spojrzał na zupełnie gołe ściany. Czy przypadkiem w gabinetach zazwyczaj nie wieszano dyplomów lekarskich? W sumie i tak nie miało to wielkiego znaczenia. Było już za późno, by się wycofać. Gdy zjawił się tu po raz pierwszy, wręczono mu kontrakt na cholernie długi czas. Podpisał na stronie siódmej i od tamtego momentu wiedział, że ma ograniczone pole manewru.
Nie wiedział, gdzie właściwie znajduje się ten gabinet. Przez całą drogę z lotniska lał deszcz i na półtorej godziny świat skrył się za zasłoną ulewy. Przyjechał tu wczoraj, a przynajmniej tak mu się wydawało. Przy wejściu musiał oddać zegarek i komórkę. Nie zrobiło mu to specjalnej różnicy, wolałby jednak wiedzieć, jaka jest pora dnia. Nie bardzo rozumiał, czemu nie mógł zachować butów i bielizny. Szpitalna piżama w kolorze niebieskim była wprawdzie wygodna, ale foliowe kapcie działały mu na nerwy. Przy każdym kroku szeleściły, co kojarzyło mu się z powłóczeniem nogami. Takie dźwięki wydawali pacjenci domu spokojnej starości, w którym pracowała jego żona.
– Po podaniu leku zadam panu kilka pytań – poinformowała doktor Shaw.
Obrzucił niechętnym spojrzeniem lekarkę, która przygotowywała następny zastrzyk. Trzymała strzykawkę w długich, smukłych palcach o krwistoczerwonych paznokciach. Ze zdziwieniem zauważył, że na kciuku nosi pierścionek, ale po chwili się zreflektował, że taka przecież teraz panuje moda wśród młodych kobiet. Pierścionek wysadzany małymi brylancikami wyglądał na drogi. Tate’owi przyszło do głowy, że dobrze zrobił, gdy zrezygnował ze studiowania wszystkich siedmiu stron kontraktu. Interesowała go tylko kwota, jaką miał otrzymać. Sprawdził dwa razy, czy na pewno wpisano sumę trzech tysięcy dolarów.
Dobijała go myśl, że żona musi raz w tygodniu brać nadgodziny, żeby w ogóle dopiął się domowy budżet. Najstarsza córka zaczęła pracować jako kelnerka w kawiarni. Pracował nawet Danny Junior, który od niedawna roznosił gazety. Za to ich ojciec nie mógł znaleźć żadnej roboty.
Inaczej – nie miał problemów ze znalezieniem zatrudnienia. Problem polegał na tym, że odkąd wrócił z misji, nie zdołał zachować żadnej posady dłużej.
Lekarze mieli na to nawet nazwę – zespół stresu pourazowego. Kiedy jednak Tate spoglądał w lustro, widział faceta o końskim zdrowiu. Tyle że umysł płatał mu figle – przekręcał niektóre fakty, a bezsenność kazała włóczyć się nocami po ulicach rodzinnego miasteczka. Mijał czas, a on musiał zacząć zarabiać i utrzymywać rodzinę. Jeśli oznaczało to parę nakłuć igłą strzykawki, to trudno.
Przy następnym zastrzyku niewiele pomogło odwracanie wzroku. Gdy tylko igła zanurzyła się w żyle, poczuł, jak płyn wsącza się do ciała. Fala gorąca wspięła się po ramieniu, rozlała po barku i wkrótce ogarnęła pierś. Nagle zabrakło mu tchu, a ciałem wstrząsnął dreszcz.
– Przez chwilę może panu doskwierać wrażenie ucisku w klatce piersiowej – słowa doktor Shaw docierały przytłumione, jakby znajdowała się w innym pomieszczeniu.
Obrócił ku niej głowę i ten nieznaczny ruch wystarczył, by poczuł przypływ mdłości. Spowijała go mgła, w której starał się odnaleźć twarz lekarki. W pewnym momencie przed oczami stanął mu niewielki tatuaż w kształcie róży, który już wcześniej dostrzegł na jej szyi. Ale teraz miał wrażenie, że z kwiatu wysunęły się odnóża i pełzły po skórze kobiety niczym jakiś dziwaczny owad. Zamrugał szybko, próbując się skupić. Na czoło wystąpił mu pot, który zbierał się też powoli nad górną wargą.
– Po iniekcji w licznych przypadkach występuje krwawienie z nosa – mówiła doktor Shaw. – Danielu, zadam ci teraz parę pytań.
Chciał powiedzieć, że wszyscy zwracali się do niego per Tate, ale umysł zajęty był czym innym – całą uwagę poświęcał dziwnemu robakowi, który najwyraźniej wgryzał się w szyję lekarki. Serce tłukło mu się w piersi, brakowało tchu.
– Danielu, czy mógłbyś policzyć od stu do zera?
W ustach czuł metaliczny posmak. Musiał zrobić spory wysiłek, by wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Miał wrażenie, że im bardziej stara się przemówić, tym większy opór stawiają zęby i język.
– Danielu, zacznij odliczać od stu do zera – powtórzyła lekarka.
Nagle usłyszał własny głos:
– Może być z tym problem, bo nie przepadam za ryżem.
Gdy wypowiadał te słowa, wiedział, że nie jest to właściwa odpowiedź, ale nie pamiętał już, jak brzmiało pytanie. Wszystko straciło znaczenie, liczył się tylko czarny owad atakujący szyję kobiety. Jak to możliwe, że ona nie czuje bólu?
Nagle rozległ się męski głos. Dochodził od strony drzwi.
– Witam, doktor Shaw.
Pojawienie się intruza było tak wielkim szokiem, że Tate szarpnął się odruchowo na dźwięk powitania. Skóra na ogolonej głowie mężczyzny lśniła równie oślepiającym blaskiem jak jego biały kitel. Tate nie mógł tego znieść, musiał odwrócić wzrok. Gdy po chwili ponownie spróbował przyjrzeć się przybyszowi, światłość skrzyła się i siała iskrami niczym wyładowanie elektryczne. Miał przeczucie, że nie powinien ufać temu człowiekowi.
– Przeprowadzam test – odezwała się doktor Shaw.
– Jego stan się pogarsza.
– Richard, daj mi jeszcze klika minut, proszę. Dopiero zaczęłam.
– Na litość boską, chyba nie podałaś mu serum prawdy? Jego organizm będzie potrzebował siedemdziesięciu dwóch godzin, żeby się oczyścić. A my musimy stąd za chwilę zniknąć.
– Proszę, uspokój się.
Mówiąc to, kobieta spoglądała prosto na Tate’a, dlatego nie wiedział, czy zwraca się do niego, czy do mężczyzny.
– W wiadomościach podają, że na skutek ulewnych opadów rozmokła ziemia zaczyna się obsuwać. Musimy się ewakuować.
– Richard, przeżyłam niejeden huragan. To, co widać za oknem, nie robi na mnie wrażenia. To tylko deszcze.
Lekarka zostawiła Tate’a i podeszła do drzwi, przy których zatrzymał się mężczyzna. Rozmawiali swobodnie, nie ściszyli nawet głosów, jakby zapomnieli, że nie są sami. Stan Tate’a najwyraźniej przestał ich obchodzić. Nie zauważyli, że zaczął ciężko dyszeć i co chwila tarł oczy, a twarz miał całą mokrą od potu.
– Woda przelewa się prawie przez most – w głosie Richarda pobrzmiewała panika. Zachowywał się głośno, gestykulował. – Jeśli teraz nie wyjedziemy, zostaniemy odcięci od świata.
Doktor Shaw stała odwrócona plecami do Tate’a, dlatego nie mógł sprawdzić, co dzieje się z owadem na jej szyi. Zamiast tego skupił uwagę na swych dłoniach i ramionach.
– Nie możemy tak po prostu wyjechać i porzucić całego materiału badawczego. Nic nam tu nie grozi – zapewniała. – Ten budynek jest niczym twierdza, jesteśmy tu bezpieczni.
Tate wytężył wzrok i wpatrzył się w Richarda. Czy to możliwe, żeby po skórze tamtego również biegały jakieś insekty? Kiedy oczy odnalazły odpowiednią ostrość, nagle coś przemknęło korytarzem pod nogami lekarzy. Na moment dojrzał czarno-zielone futro. Miał wrażenie, że była to niewielka małpa. Pojawiła się na sekundę i pomknęła dalej korytarzem.
– Ja się stąd zabieram. Możesz do mnie dołączyć albo tu zostać.
– Uważam, że popełniasz błąd. Porozmawiajmy o tym. – Po tych słowach obejrzała się przez ramię i zwróciła do Tate’a, a jej głos zabrzmiał niczym ogłuszający ryk zwielokrotniony echem w tej niewielkiej przestrzeni. – Daniel, za chwilę do ciebie wrócę. Nigdzie się nie ruszaj.
Dołączyła do Richarda, który czekał już w korytarzu. Wychodząc, spróbowała zamknąć za sobą drzwi, ale bez skutku. Wyglądało to tak, jakby przestały pasować do framugi. Zostawiła je szeroko otwarte.
– Widzisz, co się dzieje? – odezwał się Richard. – To zły znak. Wcześniej nie było żadnych problemów z drzwiami i oknami. Mówię ci, sytuacja pogarsza się z minuty na minutę. Musimy natychmiast wyjechać.
Doktor Shaw trzasnęła drzwiami z tak wielką siłą, że wskoczyły na swoje miejsce.

Tate usiadł i zaczął wsłuchiwać się w miarowy łomot serca. Miał wrażenie, jakby biło mu w głowie. Odruchowo przyłożył dłonie do piersi, żeby sprawdzić, czy na pewno jest na swoim miejscu. Nie orientował się, ile czasu upłynęło, odkąd lekarze wyszli z pokoju. Kilka minut, ale równie dobrze mogła to być godzina. Wtem rozległ się ogłuszający trzask, który poderwał go ze stołu operacyjnego.
Brzmiało to tak, jakby rozerwał się nad nim pocisk artyleryjski. Czy to możliwe?
Wczołgał się pod stół, a jego ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze i skurcze. W przerażeniu nasłuchiwał, czy nadlatują kolejne pociski. W pewnym momencie wszystko zafalowało, a pokój zatańczył przed oczami. Czy tak działają prochy, które mu podano? Czy to one spieprzyły mu błędnik? Nagle odetkały mu się uszy – łomot serca oddalił się, zamiast niego słyszał teraz wokół siebie narastające dudnienie.
Czuł, jak drżą posadzka i ściany. Narzędzia chirurgiczne szczękały na metalowym wózku, w końcu z trzaskiem wylądowały na posadzce. Płytki podłogowe uniosły się i wygięły. Tate kurczowo uchwycił się nóg stołu operacyjnego.
Wtem na śnieżnobiałych ścianach pojawiły się odkształcenia i pierwsze rysy. Ściany uginały się do środka, jakby pod wpływem napierających od zewnątrz buldożerów. Tate poczuł, jak coś sypie się na niego z sufitu, i szybko schował głowę pod stół. Wytężał wzrok, nie dowierzając temu, co widzi. Z góry leciały ziemia i żwir. W powietrzu dało się wyczuć zapach wilgotnej gleby.
Dudnienie przeszło w ogłuszający ryk. Nie brzmiało to już jak silniki buldożerów. Przywodziło raczej na myśl rozpędzony pociąg towarowy, który nadciągał z góry. Tate nakrył głowę rękami i zwinął się w kłębek.
Rozległy się kolejne trzaski pękających murów. Wizg metalu. Wybuchła instalacja oświetleniowa.
Nic nie widział w ciemności, która spowiła salę. Posadzka zamieniła się w ruchome piaski. Kulił się w swym prowizorycznym schronie, kurczowo ściskając nogi stołu, a cały świat wokół niego burzył się, ryczał, aż w końcu runął i pogrzebał go pod tonami ziemi.

2. Floryda
To była wyjątkowo krótka noc dla Rydera Creeda. Kiedy jego pracownik raczył wreszcie wyleźć z przyczepy kempingowej, w której urządził sobie mieszkanie, Creed nie spał już od dwóch godzin. Świt zastał go w pomieszczeniu dla psów. Leżał na posadzce pośród uśpionych zwierzaków, z głową opartą na brzuchu najstarszego, Rufusa.
W pomieszczeniach dla psów mieścił się wcześniej magazyn. Nad nimi znajdowało się luksusowe mieszkanie Creeda – zaadaptowany loft. Wyposażone było we wszelkie wygody, których człowiek mógłby oczekiwać od ekskluzywnego hotelu. Na etapie projektowania domu przekonał swą partnerkę w interesach, Hannah Washington, aby mieszkanie mieściło się bezpośrednio nad pomieszczeniami dla zwierząt. W ten sposób mógłby stale doglądać najbardziej wartościowych podopiecznych prowadzonej przez nich firmy, K9 CrimeScents.
Chodziło też o to, że Creed po prostu lubił przebywać blisko psów. Niekiedy w środku nocy, gdy koszmarne sny nie dawały mu spać, szedł do nich, by zaznać chwili wytchnienia. Uspokajał się w ich towarzystwie. Każdy psiak w ich hodowli żył wcześniej na ulicy i zawdzięczał życie jemu lub Hannah. Creed wiedział jednak, że działało to też w drugą stronę – psy ocaliły również jego, choć nie umiałby nikomu wyjaśnić, jak to możliwe. Nikomu, nawet Hannah.
Przyglądał się teraz Jasonowi Seaverowi, który przecierał zaspaną twarz. Mijały lata, ale on nadal wyglądał młodo. Właściwie, zauważył Creed, gdy pracownik skierował się do pomieszczeń dla zwierząt, wciąż z wyglądu przypominał młodziutkiego chłopaka. Był dziesięć lat młodszy od szefa. Jason miał niespełna dwadzieścia lat, gdy jego świat legł w gruzach. Był jedną z osób uratowanych przez Hannah. Twierdziła, że przypomina jej młodego Creeda. Między innymi dlatego postanowiła nająć go do pomocy przy psach.
Jason niósł czarnego szczeniaka o zaspanych oczkach. Labrador, któremu nadał imię Scout, rósł jak na drożdżach i ważył już dwa razy więcej niż miesiąc wcześniej. W czasie pracy zanosił szczeniaka do jego psiej mamy i rodzeństwa. Tego ranka jednak, zanim dotarł do wybiegu dla psów, postawił Scouta na ziemi i zwrócił się do szefa:
– Niech pan popatrzy, co już umie. – Cofnął się trzy kroki i uklęknął na ziemi twarzą do szczeniaka. – No chodź, Scout. Daj mi buziaka.
Psiak zareagował eksplozją radości. Zaczął tak energicznie merdać ogonem, że niemal stracił równowagę. W końcu radośnie skoczył w stronę swego pana, wspiął się na tylne łapy i sięgnął pyskiem do twarzy Jasona, śliniąc mu usta.
– Ta umiejętność na pewno mu się przyda, gdy będzie szukał zwłok – zauważył z ironią Creed, ale i tak nie mógł opanować uśmiechu.
– Myślałem raczej o podrywaniu na niego dziewczyn.
Podniósł Scouta i zaniósł na wybieg, a inne psiaki natychmiast przybiegły, żeby przywitać się z kolegą. Przepychając się i szturchając, starały się znaleźć jak najbliżej Jasona i wywalczyć chwilę uwagi. Żadne ze zwierząt nie zwracało uwagi na to, że jeden z rękawów jego koszuli od wysokości łokcia zwisał pusty. Kiedy Creed poznał młodego weterana, chłopak był markotny i agresywny. Widać było, że wstydzi się amputowanego ramienia, choć okazywał to w przewrotny sposób, celowo afiszując się z kikutem. To, że Jason myślał teraz o podrywaniu dziewczyn, dobrze rokowało. Nie szkodzi, że zamierzał do tego wykorzystać labradora.
Creed marzył, by uczynić z Jasona dobrego przewodnika psów tropiących.
– Dzisiaj możemy popracować na prawdziwych zapachach – zwrócił się do podopiecznego, pokazując mu słój ze szczelnie zakręconą pokrywką.
– Co jest w środku?
– Trochę brudu i kawałek koca wydobyte spod ciała nieboszczyka.
– Super. Skąd to wytrzasnąłeś?
– Razem z Grace braliśmy udział w akcji poszukiwawczej. Nie doszło do zabójstwa, dlatego prowadzący dochodzenie detektywi ostatecznie pozwolili mi wziąć kilka rzeczy do celów szkoleniowych.
– Andy twierdzi, że masz już mnóstwo takich drobiazgów.
Andy była jednym z pierwszych przewodników, których Creed wyszkolił. Wcześniej przez wiele lat pracowała jako technik weterynarii, dlatego w momencie podjęcia nauki wiedziała więcej o czworonogach niż jej nowy nauczyciel. Rola przewodnika miała być dla niej nowym zawodem. Creed nie chciał dopytywać kobiety o wiek. Domyślał się, że stuknęła jej czterdziestka.
– Może nie powinieneś wierzyć we wszystko, co mówi ci Andy – stwierdził Creed, a po chwili rzucił w jego stronę słój. – Łap!
W tym samym momencie uświadomił sobie, że nie był to najlepszy pomysł. Łapanie nadlatujących słojów jedną ręką wcale nie musiało być mocną stroną Jasona. Chłopak schwycił go jednak w powietrzu bez problemu.
– Schowaj to dobrze – poradził Creed, wskazując ścieżkę wiodącą do lasu. – Zanim schowasz, odkręć pokrywkę. Na wierzchu ułożona jest gaza. Nie zdejmuj jej.
– Mam go zakopać?
– Zrobisz, co będziesz chciał: możesz go zakopać, umieścić na drzewie, wrzucić do strumienia. Nie przejmuj się tym za bardzo. Kiedy skończysz, wróć do mnie.
Posiadłość, leżąca w północnej części Florydy, zajmowała około pięćdziesięciu akrów i z trzech stron graniczyła z lasem. Miejsce było ustronne i zaciszne i właśnie dlatego przykuło uwagę Creeda. Mogło służyć jako doskonały poligon.

Opcja dostawy Płatność online Płatność przy odbiorze Czas dostawy
Paczka 48 do domu 8,90 zł 10,90 zł 2 dni
Odbiór w paczkomacie InPost 9,90 zł     - 1-2 dni
Mini paczka do domu InPost 7,90 zł     - 1-5 dni
Przesyłka kurierska InPost 13,90 zł 15,90 zł 1 dzień

Czas dostawy deklarowany jest przez dostawcę. Wszystkie zamówienia złożone do godz. 14:00 są wysyłane w tym samym dniu.

Tytuł Ściśle tajne
Autor Alex Kava
Wydawnictwo HarperCollins
Data premiery 21-10-2015
Ilość stron 336
Oprawa Miękka
ISBN 9788327616975

Napisz recenzję